Od początku kibicuję prywatnym teatrom powstającym jak grzyby po deszczu w Warszawie, bo są szansą na uzdrowienie sytuacji w teatrach miejskich. Powstanie prywatnej konkurencji wcześniej czy później wymusi naturalny podział ról - pisze Roman Pawłowski w swojej Kronice Wypadków Kulturalnych w Gazecie Wyborczej - Stołecznej.
Prywatni antreprenerzy zagospodarują tę część repertuaru i publiczności, która pozwala na osiągnięcie jak najwyższych zysków, publiczne sceny będą mogły skupić się na tym, co na rynku nieopłacalne, ale dla rozwoju kultury konieczne: pracą nad nowymi odczytaniami wielkiej literatury, rozwijaniem sztuki inscenizacji i rzemiosła aktorskiego, promowaniem nowej dramaturgii, edukacją. Sęk w tym, że niektórzy politycy z rządzącej w mieście PO widzą w teatrach prywatnych nie tyle dopełnienie, co alternatywę dla scen publicznych. Od pewnego czasu z ratusza dochodzą głosy, że są one dla miasta wygodniejsze: kosztują mniej, a spektakli dają tyle samo lub więcej. Na pozór jest to logiczne - do biletu w prywatnym Teatrze Polonia miasto dopłaca ok. 2 zł, a do biletu w miejskim teatrze średnio 170 zł. Efekt z punktu widzenia ratusza jest ten sam: ludzie mają dostęp do kultury, aktorzy - pracę, miasto - prestiż. Kiedy jednak przyjrzeć się bliżej, okaże