Widzowie, którzy przyszli na premierę komedii Williama Szekspira "Stracone zachody miłości", w reżyserii Tadeusza Bradeckiego, nie mieli zbyt wielu powodów do śmiechu. Twórcy przedstawienia wykazali się dość topornym poczuciem humoru, który sprawił, że na widowni panowała niezmącona niczym cisza, która nie świadczyła o dobrej zabawie, tylko o znudzeniu. A zapowiadało się całkiem dobrze. Czwórka młodych ludzi, na czele z księciem, postanawia poświęcić się studiom duchowym i naukowym, wyrzekając się na trzy lata uciech tego świata, a w szczególności kobiet, które mogą zmącić tak łatwo spokój duszy i umysłu. Bohaterowie siedzą na ziemi, w pozach medytacyjnych, które kojarzą się ze współczesną modą na jogę i inne dalekowschodnie sposoby przywracania harmonii ze światem. Jednak to jedyny akcent nawiązujący do współczesności i tak naprawdę będący świadectwem chęci interpretacji sztuki Szekspira, w przedstawieniu której - oprócz
Tytuł oryginalny
Stracone zachody
Źródło:
Materiał nadesłany
"Gazeta Krakowska" nr 9