NIE LUBIĘ TEJ SZTUKI. Mówi się w niej o Ameryce kryzysu lat trzydziestych, po latach trzydziestu i mówi się językiem co najmniej o te trzydzieści lat spóźnionym, papierowym. Problemy też są papierowe. I moralność szeleści papierem. Podszewka problemów i moralności jest tak bardzo z dolara, że dorabianie do niej nimbu z poświęcenia oraz szlachetności zwyczajnie drażni. Kiedy zaś wziąć pod uwagę rok napisania "Ceny" przez Arthura Millera - 1968, gdy w Ameryce zaczęły się problemy dzieci kwiatów, dojrzewały postanowienia mansonów i było już po śmierci Marilyn Monroe, skwitowanej kontrowersyjnym dramatem "Po upadku" - ucieczkę Millera w dobrze znajomy świat ze "Śmiercią komiwojażera" można by nazwać ucieczką od rzeczywistości, przeżuwaniem raz jeszcze tego, co w "Komiwojażerze" miało wstrząsającą wymowę - w "Cenie" będąc zaledwie powtórką kultu szarego człowieka. I jakiż to zresztą szary człowiek ów Wiktor, syn zbankrutowanego mil
Źródło:
Materiał nadesłany
Nowiny