O "Balladynie" Juliusza Słowackiego w reż. Jarosława Kiliana w warszawskim Teatrze Polskim piszeTomasz Miłkowski.
Wprawdzie to nie pierwsze spotkanie Kilianów z "Balladyną", ale przedstawienie w Teatrze Polskim nie jest repliką spektaklu sprzed lat w warszawskim Teatrze Powszechnym. Wtedy to była przede wszystkim zabawa z domieszką serio, teraz serio z domieszką zabawy. Wprawdzie oba spektakle wychodzą z tego samego założenia, zbliżając się w wyrazie plastycznym do teatru jarmarcznego, widowisk plebejskich, odpustowych, Kirkor wtedy i dziś defiluje w czaku księcia Józefa, a po scenie przemaszerowują Strażnicy Grobu Chrystusa w paradnych strojach, to jednak akcenty są inne. Sprawia to tylko po części przestrzeń Teatru Polskiego, przede wszystkim czas, który balladowe zbrodnie w dramacie Słowackiego przedziwnie uaktualnił. Tak czy owak, autorzy widowiska skłaniają się mniej do śmiechu, a więcej do refleksji. Może i szkoda, bo spektakl utracił na wigorze, zwłaszcza w części pierwszej, toczącej się zbyt ospale i nadmiernie inkrustowanej popisami na batucie (cyrk je