Pierwsza warszawska produkcja Mikołaja Grabowskiego poszła w niepamięć i słusznie. Grabowski zrobił u Dejmka "Fantazego", wyłożył się koncertowo i po ledwie paru wieczorach przedstawienie zniknęło z afisza. Teraz w teatrze na Szwedzkiej Grabowski wystawił "Kwartet na czterech aktorów" Bogusława Schaeffera, czyli to, w czym zawsze był wyjątkowo biegły. Nie jestem specjalnym amatorem Schaeffera, czasem bywa nawet dowcipny, ale na ogół gubi się w dość pretensjonalnych dywagacjach na temat kultury i sztuki. Kryje się za tym pewno jakaś chęć dorównania Witkacemu. Cokolwiek jednak o tym sądzić, jedno jest pewne, że te swoiste partytury stwarzają pole do popisu aktorom. Nie ukrywam, że na Szwedzką szedłem z pewnym niepokojem, bo miałem w pamięci rozmaite Schaefferiady w fantastycznych wykonaniach Jana Peszka i braci Grabowskich. Niepokój, jak się szybko okazało, był bezpodstawny, aktorzy Szwedzkiej byli wyśmienici i stworzyli coś, co wykracza, jak s�
Tytuł oryginalny
Sami o sobie
Źródło:
Materiał nadesłany
Teatr nr 9