„Kofman. Podwójne wiązanie” Janusza Margańskiego i Moniki Muskały w reż. Katarzyny Kalwat w Nowym Teatrze w Warszawie. Pisze Karolina Matuszewska, członkini Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Nie chciała być egzystencjalistką, dekonstrukcjonistką, freudystką ani feministką, choć po części była każdą z nich. Chciała być Sarah Kofman, ale to okazało się najtrudniejsze. Urodzona w Paryżu na pięć lat przed wybuchem drugiej wojny światowej, była trzecim z sześciorga dzieci polsko-żydowskich rodziców. Kiedy w 1942 roku Niemcy zabrali jej ojca, rabina Berka Kofmana do obozu w Auschwitz, matka Fineza ukryła pozostałe dzieci, a sama razem z ośmioletnią Sarah schroniła się u wdowy z sąsiedztwa, Claire Chemitre. Te kilkanaście miesięcy spędzone w domu Francuzki Kofman opisała w swoim jedynym eseju autobiograficznym Rue Ordener, rue Labat. Zawarte w jego tytule nazwy paryskich ulic odnoszą się do adresów dwóch domów, w których spędziła część okupacji: rodzinnego, ortodoksyjnie żydowskiego, z którego musiała uciekać oraz zastępczego, francuskiego i chrześcijańskiego, dającego szansę na przeżycie. Dosłowne i symboliczne rozdarcie między dwoma domami i dwiema matkami, któremu została poddana jako dziecko, stało się źródłem jej wewnętrznego konfliktu tożsamościowego, z którym zmagała się przez całe życie.
Po historię mało znanej w Polsce filozofki i eseistki z kręgu francuskich dekonstrukcjonistów Jacques'a Derridy i Gillesa Deleuze'a sięgnęli reżyserka Katarzyna Kalwat i autorzy sztuki Janusz Margański oraz Monika Muskała na scenie Nowego Teatru w Warszawie. Spektakl Kofman. Podwójne wiązanie to próba przyjrzenia się procesowi autokreacji, budowania autonomicznej tożsamości z elementów, które z logicznego punktu widzenia nie tylko do siebie nie przystają, lecz także wzajemnie się wykluczają. Sarah od najmłodszych lat poddawana była kulturowej i religijnej tresurze: pobożni rodzice uczyli ją żydowskich modlitw i odróżniania potraw koszernych od niekoszernych; u Claire Chemitre, którą nazywała pieszczotliwie „Mémé” (babunia), Sarah nauczyła się cieszyć życiem, stroić i malować, poznała francuską literaturę i filozofów. Świat z jej rodzinnego domu prze ulicy Ordener (której nazwę można tłumaczyć jako zwyczajna, ale też ordynarna) był szary, skromny, smutny i ubogi; jasne i przestronne mieszkaniu wypełnione książkami przy ulicy Labat (fr. La-bas, czyli gdzieś tam, daleko) symbolizowało nową, kolorową i atrakcyjną rzeczywistość, o której Sarah nie miała wcześniej pojęcia.
Oba te pomieszczenia, w prostej i subtelnej, acz znaczącej scenografii Zbigniewa Libery, stoją po dwóch stronach rozległej sceny Nowego Teatru. Na środku, nieco w głębi, równie proste parkowa ławka i drewniane schody, po których Kofman będzie ostrożnie się wspinać, wchodząc na Sorbonę. Za nimi, w tle ściana zasłonięta ciężkimi, lekko rozsuniętymi czarnymi kotarami, zza których wyłania się fragment projekcji wnętrza eleganckiego salonu (video i światła Marcin Koszałka). Te wizualne punkty wyznaczają cały świat Kofman, z którego (de)konstruować będzie własną tożsamość. Ich klimat wspaniale dopełnia surowa, ascetyczna muzyka skomponowana przez Wojciecha Blecharza, grana przez obecną cały czas na scenie skrzypaczkę Kamilę Wąsik-Janiak. Ubrana w długą, czarną suknię, z wysoko upiętymi włosami i niewzruszoną miną przypomina Maredewitchale, żydowską wiedźmę, którą matka straszyła małą Sarah. Gra w momentach największych napięć, jakby przepisując traumy Kofman na dźwięki instrumentu.
Sarah (w tej roli Maja Ostaszewska) wychodzi na środek sceny w skromnej, szarej garsonce, jakby miała za chwilę wystąpić na uniwersyteckiej katedrze przed studentami. Mówi wprost, że jej zadaniem jest oprowadzenie nas „po topografii pamięci Sary Kofman”. Kolejne sceny są zatem rekonstrukcją wspomnień. W ich odtwarzaniu pomaga jej wieloletni partner i przyjaciel (Jacek Poniedziałek). Pojawiają się także obie matki – żydowska, ubrana skromnie na czarno i z chustą na głowie Maria Maj oraz francuska, w aksamitnej, ciemnozielonej sukience, ze starannie upiętymi włosami, elegancka i zadbana Małgorzata Hajewska-Krzysztofik. Kofman Ostaszewskiej wchodzi w świat własnych obrazów z przeszłości, by przeżyć je ponownie. Czasem jednak przygląda im się z boku, ustępując pola kilkuletniej dziewczynce z warkoczami, jeżdżącej po scenie na wrotkach. Cały czas stara się mieć nad wszystkim kontrolę, ale bolesne wspomnienia sprawiają, że misternie budowany konstrukt co chwila się rozpada.
Interesujące jest to, jakie elementy składają się tożsamość bohaterki. Są to przede wszystkim język, tradycja oraz religia. Aby uchronić Sarah przed wywózką, Claire nadaje jej chrześcijańskie imię Suzanne, uczy języka francuskiego, zasad savoir-vivre’u i katolickich modlitw, wprowadza w świat francuskiej literatury oraz kuchni. Co szczególnie ciekawe, to właśnie jedzenie odgrywa w życiu Kofman i całym spektaklu szczególną rolę. „Jesteś tym, co jesz” – mówi Mémé. We wstrząsającej, sprawiającej fizyczny ból scenie przy stole Claire każe małej Sarah jeść niekoszerne mięsa: koninę i wieprzowinę. Jej żydowska matka próbuje się temu sprzeciwiać, mówiąc, że jedzenie jest święte. „Jedzenie jest przyjemne” – odpowiada Mémé. I dodaje: „Nigdy nie mieszaj jedzenia z religią, Suzanne. Z tego się biorą wzdęcia, zaparcia i womitacje”. Jakby na potwierdzenie tych słów, cierpiąca na anoreksję i bulimię Sarah wymiotuje do papierowej torebki.
Stawanie się nową osobą to ogromny wysiłek, wymagający wielu wyrzeczeń i zastąpienia dotychczasowych wartości ich przeciwieństwami. Łączy się ze żmudną i ciężką nauką, karami za niepowodzenia oraz traumami, które w dorosłym życiu Kofman będzie terapeutyzować. Nakazy i zakazy obu matek wzajemnie się wykluczają, stąd też obecny w tytule spektaklu psychologiczny termin „podwójne wiązanie”, opisujący sytuację, w której odbiorca otrzymuje sprzeczne komunikaty od ważnej dla siebie osoby. W przypadku Sarah stawka jest wysoka: w końcu chodzi o ocalenie życia. Z drugiej jednak strony ceną za jego uratowanie jest wyrzeczenie się siebie.
Kofman Mai Ostaszewskiej miota się między skrajnościami, próbując znaleźć punkty oparcia. Neurotyczna, błyskotliwa i inteligentna, momentami pewna siebie, a nawet apodyktyczna, za chwilę staje się zastraszoną i przerażoną dziewczynką, którą ciągnie do wielkiego świata uosabianego w jej wyobraźni przez Claire. To świetna rola Ostaszewskiej, która nie daje się jednoznacznie zaszufladkować, tak jak Kofman nie chciała, by przyklejać jej jakąkolwiek etykietę. Maria Maj tworzy postać surowej, apodyktycznej matki. Claire Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik początkowo wydaje się kuszącą obietnicą lepszego świata, ale i ona traktuję Sarah okrutnie i instrumentalnie. Obie na swój zaborczy sposób kochają dziewczynę, ale też projektują na nią własne wyobrażenia o córce idealnej. Prawdziwą troskę i zrozumienie okaże jej dopiero Przyjaciel. Symbolicznie widać to w powtórzonej scenie rozmowy na schodach Sorbony, w której zamiast filozoficznej dysputy pojawia się czułość. Przyjaciel podkłada Sarah książki pod stopy, by zmniejszyć wysokość stopni, a tym samym ból przy chodzeniu. Rozmawiają też o przecięciu tomu pism Rousseau na pół, aby łatwiej go było zdejmować z półki. Piękna to scena, również o tym, do czego może służyć literatura.
Kofman głęboko wierzy w intelekt, słowa i ich moc stwarzania, a jednocześnie w swoich tekstach próbuje dowartościować ciało, które sprawia jej tak wiele bólu, ale być może dzięki temu lepiej pamięta. Kalwat wykorzystuje ten fakt z jej biografii, by w symboliczny sposób wprowadzić do swojego spektaklu jeszcze jedną kobiecą perspektywę. Szwedzka dziennikarka Katrine Marçal w książce Matka wynalazku. Jak uprzedzenia hamują postęp pisała, że ciało przypomina o tym, co niewygodne – o naszej kruchości i uzależnieniu od innych, czyli o tym, co tradycyjnie kojarzyło się z kobiecością: „Bo właśnie o to zawsze chodziło w patriarchacie – aby oddzielić te części ludzkiego doświadczenia, które nas napawają lękiem, nazwać je kobiecymi i zepchnąć na margines”.
„Cielesna terminologia jest nie na miejscu w filozoficznych rozważaniach” – mówi w spektaklu Egzaminator, oblewając Sarah na egzaminie wstępnym do École Normale Superieur. Ale to nie jest spektakl o filozofach, dlatego żadna próba zawłaszczenia tej opowieści przez męskich bohaterów się nie udaje. Grający ich wszystkich Jacek Poniedziałek kilkukrotnie próbuje przejąć kontrolę – mówi np. że nie lubi dzieci w teatrze (uwaga pod adresem najmłodszej członkini obsady), zabrania Kofman wspominać o śmierci ojca w Auschwitz, jednak wszystkie te uwagi są przez nią ignorowane. „To jest moja historia, ty nie masz tu nic do gadania” – odpowiada Poniedziałkowi i całej rzeszy mężczyzn filozofów, którzy na różnych etapach pracy próbowali umniejszać jej dorobek.
Mimo kilku dyskursywnych scen Kalwat nie ulega pokusie filozofowania. Buduje kolejne epizody w przejmujący, subtelny, choć momentami ironiczny sposób, szukając w nich tego, co najbardziej ludzkie i organiczne. Bo też historia Kofman, choć zupełnie wyjątkowa, jest jednocześnie na swój sposób uniwersalna. Mogą się w niej przeglądać miliony emigrantów, uchodźców i ludzi pogranicza, którzy żyją pomiędzy dwoma światami, nie należąc w pełni do żadnego z nich.
Janusz Margański, Monika Muskała KOFMAN. PODWÓJNE WIĄZANIE. Reżyseria: Katarzyna Kalwat, scenografia: Zbigniew Libera, muzyka: Wojtek Blecharz, reżyseria światła, zdjęcia do filmu Marcin Koszałka, kostiumy Katarzyna Kalwat, Saskia Hellmann. Prapremiera 10 kwietnia 2025 w Nowym Teatrze w Warszawie.