„Come from away” Irene Sankoff i Davida Heina w reż. Antoniusza Dietziusa w Scenie Relax w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Gdyby nie Historia, miasteczko Gander w kanadyjskiej Nowej Fundlandii wciąż wiodłoby życie kanadyjskiego końca świata (żeby nie używać słowa na z).
Ale 11 września 2001, po zamknięciu amerykańskiej przestrzeni powietrznej, samoloty, które były w powietrzu, musiały gdzieś wylądować i wylądowały właśnie na tutejszym lotnisku. Mieszkańcy miasta ruszyli z bezinteresowną pomocą kilku tysiącom pasażerów z całego świata, otwierając przed nimi swoje domy, garderoby, kuchnie, barki (te z alkoholem, a nie – pływające) oraz – jakkolwiek to brzmi – serca. Dla wielu z tych podróżnych właśnie wtedy Gander stało się jednym z najważniejszych miejsc na świecie.
Potrzebujemy krzepiących historii i – ta historia krzepi. Jest o dobru, wspaniałomyślności, gościnności, życzliwości, bezinteresowności i – otwartości. Mamy happy end – jeśli w ogóle o szczęśliwych zakończeniach możemy mówić w kontekście 11 września – ale są i nuty brzmiące w tonacji także molowej, bo atak terrorystyczny sprzed lat dotknął w mniejszym bądź większym stopniu każdego z naszych bohaterów. Może niektóre wątki są troszkę naiwniutkie, może gdzieniegdzie rzecz ociera się o nieprawdopodobieństwo, ale – c'mon, jesteśmy w teatrze i mamy się dobrze bawić.
I tę zabawę, zręcznie poprzetykaną również momentami naprawdę poruszającymi, Antoniusz Dietzius i jego aktorzy nam w Come From Away dowożą, tworząc na niewielkiej przecież relaxowej przestrzeni widowisko, co się zowie – z talentem zaśpiewane, zagrane i zatańczone, choć śmiało korzystające także z teatralnej umowności. Proszę bowiem sprawdzić osobiście, ile światów można zbudować z kilkunastu krzeseł!