"Ptasznik z Tyrolu" w reż. Pawła Aignera w Operze Krakowskiej. Pisze Anna Woźniakowska w Dzienniku Polskim.
Gdy w kwietniu relacjonowałam premierę "Ptasznika z Tyrolu" Karla Zellera przygotowaną w Operze Krakowskiej przez Austriaków i Holendrów w oryginalnej wersji językowej, chwaliłam spektakl za tempo, wdzięk i barwną paletę walców, jakich kompozytor nie skąpił i którym dyrygent Bernard Steiner nadał zróżnicowany charakter. Swą relację zakończyłam pytaniem, ile z tej lekkości i barwności potrafią zachować polscy realizatorzy "Ptasznika". Obejrzałam premierowe spektakle w reżyserii Pawła Aignera i pod batutą Tomasza Tokarczyka. Mimo tej samej scenografii i tych samych kostiumów zobaczyłam zupełnie inny spektakl, zaś oglądając, zastanawiałam się, dlaczego naszym reżyserom i wykonawcom operetka kojarzy się przede wszystkim z farsą i to taką z krzykiem, zataczającymi się pijanymi facetami, podszczypywaniem damskich zadków, biciem po pysku i dialogami w stylu "A coo? Jajcoo!". Można z operetki robić farsę, można się z niej wyśmiewać jako