Rozmowa z twórcami "Samotnego zachodu" była najdłuższa spośród tych, które miały dotychczas miejsce podczas 9. Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych...
Nie zaczęło się przyjemnie. Reżyser Eugeniusz Korin skarcił widzów, zaskoczonych ilością wulgaryzmów (i słusznie), że zareagowali wyłącznie na słownikową warstwę spektaklu, oburzać zaś powinno ich to, o czym bohaterowie mówią: - Przecież tu współcześni Kain i Abel zabijają ojca, podczas trwania sztuki następują dwa samobójstwa, wciąż przywoływane są dwie śmierci sprzed rozpoczęcia akcji! Korin przyznał, że przyglądając się pozateatralnej rzeczywistości ma problem z wyborem sztuk. Dlatego wobec biedy poznańskich czy łódzkich uliczek często decyduje się na komedie, by widzowie mogli chociaż przez dwie godziny cieszyć się życiem. Ale śmiech może mieć także wartość pedagogiczną, jak w przypadku "Samotnego Zachodu" Martina McDonagha. - Budzi dystans do scenicznego świata, a za nim myślenie. Uważam, że właśnie ta cecha jego pisarstwa przesądza o tym, iż za sześćdziesiąt lat uznamy McDonagha za klasyka. We wspaniały sposób,