20.11.2013 Wersja do druku

Protest w teatrze

Tym, którzy z rozrzewnieniem wspominają, jak to drzewiej w teatrze bywało, gdy jeszcze ów teatr tworzyli wielcy artyści, a słowo ze sceny głosiły wielkie głosy wielkich aktorów, warto przypomnieć, że i reakcje wnerwionych widzów miewały dawniej rozmach nieporównywalny z dzisiejszym - pisze Paweł Sztarbowski w felietonie dla e-teatru.

Dlatego, niczym Irena Santor, co to zbierała bursztyny na dzikich plażach, choć ich już nie ma, pozwolę sobie co tydzień "w torby wkładać powoli, okruchy tamtych dni". Wiadomo, "serce gryzie nostalgia, a duszę ścina lód", jak sobie tak człowiek o chwalebnej przeszłości poczyta. Tym razem więc o teatralnych protestach. Do środowiskowej legendy przeszło wychrząkiwanie i wyklaskiwanie w pierwszych miesiącach stanu wojennego aktorów współpracujących z reżimem Jaruzelskiego, zwanych "kolaborantami". Gdy po zagraniu "Stu rąk, stu sztyletów" w Teatrze Polskim w Warszawie do ukłonów wychodził Stanisław Mikulski, publiczność powstrzymywała na ten moment oklaski, co komentował Andrzej Szczepkowski: "Podziwiam Mikulskiego, że znajdował w sobie tyle odporności, że nie schodził ze sceny, tylko stał i patrzał w oczy publiczności, która go wygwizdywała. Ja w takie sytuacji byłbym bliski myśli o samobójstwie". W Łodzi wyklaskiwany podczas operetki "Bar

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Źródło:

Materiał własny

Materiał własny

Autor:

Paweł Sztarbowski

Data:

20.11.2013

Tematy w toku