W życiu krytyka teatralnego przychodzi czas, kiedy wieczorne wyjście do teatru staje się męką, a pisaniu recenzji towarzyszy nazajutrz ból głowy. Są to klasyczne objawy nałogu teatralnego, wywołanego nadmiarem obejrzanych przedstawień - pisze Roman Pawłowski w felietonie z cyklu Kocham Teatr w Gazecie Wyborczej - Stołecznej.
Dolegliwość ta dopadła ostatnio moją koleżankę po piórze z "Życia Warszawy" Izę Nataszę Czapską, która przy okazji premiery "Kowala Malambo" w Laboratorium Dramatu napisała, że jeśli nowy sezon będzie równie beznadziejny, jak kilka poprzednich, to "jak nic przyjdzie już na wstępie wszyć sobie esperal, by potem nie zatracić się z nudów i zażenowania". Serdecznie współczuję Izie Czapskiej, sądząc z kuracji, którą sama sobie zaordynowała, jej stan jest poważny. Mam jednak znacznie lepsze rozwiązanie niż esperal. A może po prostu teatr w ogóle odstawić? Nie zaglądać na scenę? Wyrzucić do kosza zaproszenia? Odmawiać, kiedy znajomi proponują przedstawienie? Zmienić towarzystwo na niechodzące do teatru? Urządzić bezteatralne wieczory? Wiem, że zerwanie z nałogiem jest trudne. Ale w sytuacji, kiedy teatr zatruwa organizm i rujnuje życie, trzeba działać natychmiast. Ponieważ przypadek Izy Czapskiej nie jest odosobniony, myślę, że na