To raczej przymiarka niż spektakl. Słów Różewicza słucha się z zainteresowaniem, ale aktorom nie udało się wydobyć z nich dramatu
Dwójka aktorów - Aneta Wirzinkiewicz i Marcin Kalisz [na zdjęciu] - czekają na widzów za drzwiami Sceny w Bramie. Światło zapalone, aktorzy w koszulkach z własnymi nazwiskami rozsadzają gości, częstują ich popcornem. Na scenie (a raczej kawałku podłogi) czeka różowa kanapa. Mamy się czuć jak w kinie, a może jak przed telewizorem? Aktorzy, też z popcornem, siadają na kanapie. Z głośników słyszymy zapowiedź "Świadków ", jak telewizyjnego programu, jakiegoś "Baru" czy innego "Big Brothera". Można i tak, Różewicz zajmuje się w końcu zwyczajnym, banalnym życiem. Tyle że ta banalność nie ma wbrew pozorom wiele wspólnego z telewizyjnie wygładzonym "kawałkiem życia". Najpierw "Świadkowie " - czyli trzyczęściowy dramat czy raczej może poemat dramatyczny. Wstęp, u Różewicza wygłaszany przez Recytatora i Recytatorkę, tutaj jest mówiony radośnie, z uśmiechem i (telewizyjną?) energią. Zamysł (banalna do bólu forma dla poetyckiej, ponurej