EN
23.11.2022, 10:45 Wersja do druku

Podróż do dna piekła

„Łaskawe" Jonathana Littella w reż. Mai Kleczewskiej w Teatrze Śląskim w Katowicach. Pisze Piotr Gaszczyński w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Przemysław Jendroska/mat. teatru

Łaskawe Jonathana Littella to jedna z najbardziej kontrowersyjnych powieści ostatnich lat. Ogromnych rozmiarów dzieło jest swego rodzaju wiwisekcją hitlerowskiego zbrodniarza, który – opowiadając swoją historię – wciąga czytelnika w dwuznaczną grę na temat II wojny światowej, jej przyczyn, przebiegu i konsekwencji. Karkołomnego zadania przeniesienia tej opasłej książki na deski teatru podjęła się Maja Kleczewska, specjalistka od przekładania na język teatru tematów tabu, rozdrapywania strupów i wytrącania widza z komfortowego oglądania spektaklu.

Główny bohater – Maxilimian Aue jest byłym nazistą (o ile nazistą się bywa, a nie po prostu jest), biorącym udział w eksterminacji Żydów, weteranem spod Stalingradu, aktywnie pracującym przy organizacji obozów koncentracyjnych. Splotem powojennych okoliczności przedostaje się do Francji, by – ukrywając swoje prawdziwe pochodzenie – dożyć starości jako dyrektor fabryki koronek. Aue nie zostaje osądzony, ale postanawia rozliczyć się sam, choć osobliwe to rozliczenie, o czym przekonujemy się od samego początku spektaklu.

Przedstawienie rozpoczyna się monologiem „za zamkniętymi drzwiami”, w którym stary, zmęczony Aue (w tej roli weteran śląskiej sceny, 84-letni Roman Michalski) prowokacyjnie rzuca w stronę publiczności: „Jestem winny, wy nie jesteście, to świetnie. Ale przecież musicie umieć powiedzieć sobie, że na moim miejscu robilibyście to samo (…)”. Słowa, które w pierwszym odczuciu szokują, prowadzą w konsekwencji do zaciekawienia widza, w jaki sposób bohater będzie starał się obronić tak karkołomną tezę. Pomóc ma w tym podróż w przeszłość. Konstrukcja, spełniająca rolę kurtyny, podnosi się, by przenieść widzów w świat Maximiliana. Od tego momentu stary Aue staje się cichym obserwatorem wydarzeń, natomiast pierwsze skrzypce zaczyna grać jego o wiele młodsze wcielenie (Mateusz Znaniecki). Rozpoczyna się wielowątkowa podróż, podczas której wątki wojenne mieszają się z tymi przed jej wybuchem.

fot. Przemysław Jendroska/mat. teatru

Z wielu rozbudowanych scen spektaklu zdecydowanie najbardziej uderzają te, dziejące się w salonach, środowisku niemieckich intelektualistów. Przy akompaniamencie muzyki klasycznej granej na żywo, toczą się dysputy na temat kompozytorów, filozofii czy ekonomii. Jest to niezwykle uderzające w kontekście pierwszej sceny, w której stary Aue z matematyczną precyzją przelicza liczbę ofiar wojny na czas. Biorąc pod uwagę wszystkich zabitych, podczas II wojny co kilka sekund ginie człowiek. I właśnie z tego powodu specjalnie przydługie, spokojne dysputy uderzają najmocniej: nakrywanie do stołu – średnio dwa trupy, nalewanie wina – trup, śmiech z opowiadanego żartu – cztery trupy. Zgrzyt, dysonans poznawczy u widza jest porażający. Podobnie rzecz się ma w scenach z sanatorium w Zurychu, gdzie Aue odpoczywa, przechodzi rekonwalescencję. Zastygłe w ruchu postacie na leżakach, relaksacyjne masaże, wyglądają wręcz absurdalnie jeśli skonfrontuje się je z tym, co dzieje się gdzieś, mówiąc językiem filmowym, „poza kadrem”.

Droga ku przemianie Maximiliana z prostego członka partii w zbrodniarza odbywa się nie tylko na płaszczyźnie ideologicznej, mentalnej. Obserwujemy fizyczne, naturalistyczne wręcz reakcje młodego bohatera. Takim objawem jest śmiech – w sytuacjach granicznych, jak w bitwie pod Stalingradem czy pierwszych sygnałach o potrzebie metodycznej, zaplanowanej eksterminacji wroga, Aue wydaje z siebie spazmatyczne dźwięki kogoś, kto próbuje ukryć panikę, strach. Jeszcze wtedy widz może w sobie tylko znany sposób wykrzesać iskierkę empatii wobec tego człowieka. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy Aue odwiedza we Francji swoją matkę. Jest już wyrafinowanym, w pełni indoktrynowanym zbrodniarzem, symbolicznie ubiera też identyczny garnitur, jaki nosi jego starsza wersja.

To, co jest największą siłą spektaklu Kleczewskiej, to umiejętność prezentacji na scenie, czasem w symultaniczny sposób, całego wachlarza wojny. Pozornie niedające się pogodzić w jednej scenie wątki potrafią być tak rozmieszczone w przestrzeni, że zaczynają przenikać się wzajemnie, nachodzić na siebie bez uniknięcia dramaturgicznego chaosu. Chodzi tu przede wszystkim o kwestie związane z Holocaustem. Układany na brzegu sceny stos zabitych Żydów pojawia się również jako pełzający (dosłownie) wyrzut sumienia. Poszczególni aktorzy, grający unicestwionych, czołgają się po scenie, pełzają w ciszy, stając się tłem dla wydarzeń np. salonowych (wiją się między meblami, wchodzą do nich, przedzierają się przez inne elementy scenografii).

fot. Przemysław Jendroska/mat. teatru

Na osobną uwagę zasługują psychodeliczne opisy, wizje, pełne ekskrementów, ejakulatu i kazirodczej miłości Auego i jego siostry. Można traktować je jak symboliczny upadek, dojście do limes, granicy wytrzymałości człowieka. Fantazje Maximiliana, perwersyjne igraszki z własną siostrą czy sny o jej kopulacji z drzewami są niczym innym jak swoistym mechanizmem wyparcia tego, w czym uczestniczy i do jakiej tragedii przyczynia się główny bohater. Bardziej dosłownym przekroczeniem wszelkich granic jest groteskowe w swoim wyrazie ściganie głównego bohatera przez Kripo, pod zarzutem zabójstwa własnej matki i jej partnera. Nie samo dochodzenie jest absurdalne, ale upór z jakim państwo niemieckie ściga matkobójcę, jednocześnie nie widząc niczego złego w eksterminowaniu milionów istnień ludzkich.

Wystawiając Łaskawe w czasie wojny w Ukrainie, nie sposób uciec od skojarzeń z wydarzeniami dziejącymi się za wschodnią granicą Polski. Zresztą w samym programie do spektaklu znajdziemy list Littella zatytułowany Do moich przyjaciół Rosjan, w którym w gorzkich, ostrych słowach pisarz rozprawia się z konformizmem rodaków Putina, którzy próbują dystansować się od działań swojego wodza, ulegają państwowej propagandzie zarówno w sferze językowej, jak i ideologicznej. Skutki takiego postępowania mogą być opłakane. Historia przedstawiona w powieści powinna, musi być przestrogą przed tym, do czego prowadzi bierność, połączona z racjonalizowaniem nawet najgorszych działań. Co ważne, w spektaklu występują dwie aktorki z Ukrainy, które po wybuchu wojny dołączyły do śląskiego teatru –  Nina Zakharova oraz Kateryna Vasiukova. Ich obecność dodaje przedstawieniu dodatkowego, symbolicznego znaczenia.

Łaskawe w Teatrze Śląskim zawiera w sobie wszystko to, co jest znakiem rozpoznawczym teatru Mai Kleczewskiej – jest brudno, ciężko i dosadnie. Reżyserka w charakterystyczny dla siebie sposób łączy teatr psychologiczny a nawet psychoanalityczny z widowiskowością rozumianą jako unaocznienie, wyciągnięcie na światło dzienne różnego rodzaju lęków, strachów i polityczno-historycznych upiorów. Wydaje się, że ten spektakl jest potrzebny teraz jak nigdy. Mówi o tym sam Aue, gdy ze sceny stwierdza, że tak naprawdę wojna nie skończyła się nigdy.

Tytuł oryginalny

Podróż do dna piekła

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Piotr Gaszczyński

Data publikacji oryginału:

22.11.2022