01.04.2001 Wersja do druku

Po premierze

Im dłużej myślę o Bachantkach Krzysztofa {#os#8022}Warlikowskiego{/#}, tym wyraźniejszych barw nabierają zapamiętane piękne obrazy, które - niby dobre malarskie płótna - rozwinąć można w opowiadane sobie szeptem historie. Chrzęst skórki świeżego chleba przeciwstawiający się boskim namowom kręconych palcem mokrych jasnoblond loków. Próba schwytania boga w polerowane powierzchnie lusterek i tajemnicze hierogłify, które pojawiają się i znikają jak na kończącej się filmowej taśmie - kuszący naddatek światła i kształtu. Mężczyzna w kobiecej sukni przetłumaczony na inny wymiar... Lecz wiem zarazem, że wzmagająca się żywość barw powracających do mnie scenicznych obrazów kłamie temu, co było prawdziwą istotą teatralnego doświadczenia. Doświadczenia, które wiązało się z innym przeżywaniem czasu - nadal bardzo cielesnym, ale zapisanym w innym rytmie. Przecież bachiczny szał gotowiśmy raczej utożsamiać z nagłym zawrotem głowy, przy

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Źródło:

Materiał nadesłany

Didaskalia nr 42

Autor:

Małgorzata Sugiera

Data:

01.04.2001

Realizacje repertuarowe