10.11.2020, 15:28 Wersja do druku

Piotr Beczała króluje niepodzielnie w mistrzowskiej produkcji Willy’ego Deckera

„Werther” Julesa Masseneta w insc. Willy'ego Deckera w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie. Pisze Krzysztof Korwin-Piotrowski w wortalu Opera Wire.

fot. Krzysztof Bieliński

Szedłem na premierę dramatu lirycznego "Werther" Jules'a Masseneta z radością, że wreszcie usłyszę na żywo Piotra Beczałę w tej roli, która towarzyszy mu od 25 lat, ale wchodziłem do Teatru Wielkiego – Opery Narodowej także z lekką obawą, że będę oglądać inscenizację, która krąży po Europie od dawna, a obecna wersja jest przeniesiona z Narodneho Divadla w Pradze. Moje obawy jednak szybko okazały się nieuzasadnione. Jest w tej warszawskiej premierze świeżość i są niesamowite emocje. 

Kiedy rozsunęła się kurtyna, zobaczyłem świat, który wypada z ram. Unosząca się ku górze podłoga jest często wykorzystywana w teatrze, ale tutaj konstrukcja została przesunięta w lewo jak kubistyczna forma z krzywym sufitem, złowrogo wiszącym nad bohaterami. Miałem wrażenie, jakby ten sufit za chwilę miał spaść na nich, przygniatając ich do ziemi. Zwłaszcza w czwartym akcie to wnętrze przypominało mi wielki sarkofag, w którym Charlotte i Werther zaraz zostaną zamknięci na wieczność jak Romeo i Julia.

Wydobyć to, co najlepsze

„Werther” jest niewątpliwie jedną z najwspanialszych oper XIX wieku, ale nie każda orkiestra potrafi oddać piękno i dramatyzm tej muzyki. Patrick Fournillier, który objął od tego sezonu stanowisko dyrektora muzycznego Teatru Wielkiego – Opery Narodowej po Grzegorzu Nowaku, wniósł wiele dobrego. Świetnie poprowadził orkiestrę, z polotem i precyzją, z francuską delikatnością i subtelnością, a równocześnie tam, gdzie trzeba – z dramatyzmem i bogactwem brzmienia.  Bezdyskusyjnie wydobył ze śpiewaków to, co najlepsze.

Piotr Beczała był od początku do końca spektaklu jego niekwestionowanym bohaterem. Chwilami śpiewał z niebywałą lekkością, a w dramatycznych momentach z wielką siłą emocji, jakby serce miało mu za chwilę pęknąć. Wspaniała była jego transformacja z radosnego kochanka w tragicznego samotnika. Kiedy pojawił się na scenie w słoneczny lipcowy dzień w żółtym garniturze i brązowej kamizelce, zachowywał się jak zakochany dwudziestolatek, śpiewając arię “O nature pleine de grâce” delikatnie i lekko, leżąc na podłodze. Chwilę potem zabiera Charlottę na bal, pełen pozytywnych emocji, jednak reżyser kazał mu trzymać rewolwer, który położył na ziemi. “Jeśli w pierwszym akcie powiesiłeś strzelbę na ścianie, to w następnym musi ona wystrzelić”- napisał kiedyś Antoni Czechow. I w końcu tak się stanie, ostatecznie.

Beczała pokazał więcej wokalnej elegancji i finezji podczas “O, spectacle idéal d’amour et d’innocence”, wybuchając z intensywną namiętnością podczas “Rêve, extase”. W II akcie Werther Beczały zamienił się z nieszczęśliwie zakochanego młodzieńca w zazdrosnego, wściekłego mężczyznę. To było najbardziej widoczne podczas poruszającego duetu z Charlotte, kiedy widzieliśmy delikatność pomieszaną ze złością i rozpaczą. To poczucie desperacji narastało w kolejnych aktach.

Słynna aria „Pourquoi me réveiller?” (Dlaczego mnie budzisz, o powiewie wiosny…) została zaśpiewana fenomenalnie, mimo iż Beczała został brutalnie zatrzymany w połowie przez owacje publiczności, co zakłóciło na chwilę atmosferę i wprawiło w zakłopotanie dyrygenta. Szkoda. Kiedy aria została zakończona, publiczność klaskała frenetycznie, krzycząc „Bis!”. Byłem zawiedziony, że dyrektor muzyczny na to nie pozwolił. Może moglibyśmy tej arii wysłuchać tym razem od początku do końca… (Tak stało się w sobotę 10 października.) Było również imponujące to, że chwilami śpiewał trudną arię na kolanach lub na leżąco, a głos nadal brzmiał bez wysiłku.

Beczała potrafił po raz kolejny udowodnić, że może być obecnie uznany za najlepszego Werthera na świecie. Zaśpiewał też z nienaganną dykcją i precyzją francuskiej wymowy, która przecież ewidentnie nie jest łatwa.

W interpretacji Charlotty przez mezzosopranistkę Irinę Zhytynską zabrakło chwilami stabilności głosu. Jej vibrato sprawiało, że chwiejny głos nie przebijał się przez orkiestrę. Można by uznać vibrato za dramatycznie uzasadnione w płaczliwej arii “Va! Laisse couler mes larmes”, kiedy żałuje, że nie wyszła za mąż za Werthera, ale rozpraszało podczas śpiewania “Il faut nous séparer” w I akcie, kiedy Charlotte i Werther mają delikatną wymianę zdań.

Finałowa scena z Wertherem była również nieco denerwująca. Zhytynska wykonywała za dużo nerwowych ruchów, by wyrazić swą desperację, ale wydawało się, że brakuje w tym spójności. Jej zachowanie i śpiew odwracały uwagę od subtelniejszego działania kolegów w scenie śmierci.

Natomiast znakomity wokalnie był Stanisław Kuflyuk jako Albert. Stworzył wyrazistą kreację silnego mężczyzny, który walczy o rodzinę i próbuje z wielkim trudem utrzymać harmonię, pozbywając się rywala. Był szczególnie przekonujący, gdy śpiewał arię “Elle m’aime” z delikatnością, którą w kolejnym akcie skontrastował z wokalną siłą. Jego głos brzmiał soczyście i wspaniale. Można się tylko przyczepić do jego niezbyt precyzyjnej francuskiej wymowy.

fot. Krzysztof Bieliński

Sopranistka Sylwia Olszyńska również bardzo dobrze wcieliła się w Sophie. Śpiewała mocnym głosem, emanującym świeżością i żywiołowością.

Wizualne arcydzieło

Inscenizacja Willy’ego Deckera to wizualna uczta, pełna symboli i szczegółów, które pozwoliły na pełne zanurzenie się w świecie tej historii. W spektaklu Deckera świat jest symbolicznie pokazany w trzech kolorach: niebieskim, żółtym i białym (nawiązanie do powieści Goethego, który pokazuje tytułowego bohatera ubranego w błękitny frak i żółtą kamizelkę w finałowej scenie). Scenografia i kostiumy zaprojektowane przez Wolfganga Gussmanna skupiają się na 4 kolorach (granatowym, żółtym, czarnym i białym). W pierwszym i drugim akcie mamy niebieskie wnętrze domu z miniaturami budowli miasteczka i krzesłami. Za przesuwną ścianą domu jest otwarta przestrzeń do nieskończoności, z żółtą podłogą, przypominającą publiczności o letniej aurze. Ale skojarzeń jest tu więcej. Ubrany w piaskowy strój Piotr Beczała leży na żółtej podłodze z jednym kolanem uniesionym w górę. Sprawia wrażenie rozluźnionego i szczęśliwego, jakby leżał na słonecznej plaży. Ale nie wszystko jest słoneczne. Tragiczny Los zbliża się wielkimi krokami w tym spektaklu.

Pierwszym symbolem Fatum staje się obraz matki głównej bohaterki. Charlotte wchodzi z tym portretem w interakcję, gdy nie wisi on złowieszczo na ścianie.

Drugim symbolem Fatum są dwaj słudzy. To dziwaczne kreatury: jeden wysoki (Jasin Rammal-Rykała), drugi niski (Jacek Ornafa). Na początku przypominają trochę postacie z cyrku, zachowują się w sposób przerysowany jak w niemych filmach. Obaj panowie są ubrani w czarne fraki i mają na głowach cylindry. Przypominali mi braci Janickich z Teatru Śmierci Tadeusza Kantora, ale Europejczykom mogą też kojarzyć się z Vladimirem i Estragonem z „Czekając na Godota” Samuela Becketta. W pewnym momencie Estragon mówi: „A może by tak się powiesić?”. Tutaj jednak to oni stają się personifikacjami złowrogiego Losu, który prowadzi Werthera do tragicznego końca. Znamienny jest na przykład moment, kiedy biorą jego rewolwer, a potem – pod koniec III aktu – przekazują go Wertherowi, aby wreszcie zakończyć tę historię.

Również warta zauważenia w wersji Deckera jest prostota strony wizualnej, pozwalająca na łatwiejsze wydobycie przeżyć wewnętrznych bohaterów. Scenografia nawiązuje do kubizmu, a proste, minimalistyczne modele budynków wewnątrz domu sprawiają wrażenie tekturowych zabawek. Jednak w momencie, gdy Werther chwyta domek, jeszcze bardziej dociera do nas potężny smutek spowodowany tym, że on nie ma już domu. Wszędzie czuje się nieszczęśliwy, ponieważ dom kojarzy mu się z zatrzymanym w pamięci obrazem Charlotty z jej młodszym rodzeństwem. Piękny jest w spektaklu moment, kiedy Charlotte ustawia się z dziećmi jak do pamiątkowego zdjęcia, a stojący naprzeciw niej Werther próbuje zatrzymać ten kadr w swojej pamięci.

Inny wyjątkowy moment w spektaklu pojawia się wraz z pierwszą sceną III aktu, kiedy Charlotte i Albert siedzą naprzeciw siebie przy stole długim prawie na całą szerokość sceny. Stół stoi tam po uczcie weselnej z II aktu. Charlotte kładzie jedną dłoń na blacie, a w lewej dłoni trzyma pożółkłe, ogromne kartki papieru z listami Werthera. Gdy w kolejnej scenie rozrzuca te listy po podłodze domu, jest w tym jakieś wielkie cierpienie i niekończąca się udręka. Kiedy w końcu zwraca się do Boga i drze listy, próbuje symbolicznie skończyć ze swoją miłością, ale kiedy pojawia się Werther, nagle uczucie powraca z niesamowitą siłą.

Ogólnie rzecz ujmując, to było fantastyczne przedstawienie, nie tylko dzięki znakomitemu występowi Piotra Beczały, ale również produkcja Deckera została wypełniona hipnotyzującymi efektami wizualnymi.

Tytuł oryginalny

Piotr Beczała króluje niepodzielnie w mistrzowskiej produkcji Willy’ego Deckera

Źródło:

operawire.com
Link do źródła