21.10.2011 Wersja do druku

Pina

W żadnym razie nie jest "Pina" - na szczęście - dokumentem o kimś (czy choćby o czymś). Udało się Wendersowi stworzyć filmowy język, który nie tyle o czymś opowiada, nie tyle daje niebanalną przyjemność oglądania, ile raczej pozwala wejść w trans - o filmie Wima Wendersa pisze Paweł T. Felis w Gazecie Wyborczej.

"Dla Piny - od nas wszystkich, którzy zrobiliśmy ten film" - wyjątkowo trafnie brzmi dedykacja tego niezwykłego obrazu, który Wim Wenders zaczął przygotowywać z Piną Bausch już 20 lat temu. Marzyli o formie, która uniosłaby kinowo fenomen jedynego w swoim rodzaju, tanecznego teatru Bausch. Szukali sposobu, by migotliwym, trwającym krótszą lub dłuższą chwilę spektaklom nadać rys nieśmiertelności. Wenders uciekał, bał się, tłumaczył brakiem zdolności. A gdy wreszcie "Pina" zaczęła się krystalizować, reżyser musiał ją zrobić już bez swojej przyjaciółki i współautorki - trochę w hołdzie, trochę na kształt podziękowania. I nakręcił film rewelacyjny. Pojawiają się w "Pinie" rzadkie migawki z prób, o swojej mistrzyni opowiadają współpracujący z nią przez lata tancerze z całego świata. Ale zgodnie z tym, co mówi jedna z tancerek ("Spotkanie z Piną było jak znalezienie języka: jakbym wcześniej nie potrafiła mówić"), słowa

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

Pina

Źródło:

Materiał nadesłany

Gazeta Wyborcza online

Autor:

Paweł T. Felis

Data:

21.10.2011

Tematy w toku