23.10.2007 Wersja do druku

Piekielne nic

Nowoczesność w teatrze Jaracza cieszy. Jednak zapadnie i podnośniki jako jedyne mają coś wspólnego z transferem - o "Transferze" w reż. Marcina Sławińskiego w Teatrze im. Jaracza pisze Ada Romanowska z Nowej Siły Krytycznej.

Gdzie diabeł mówi dobranoc, tam Maksim Kuroczkin próbuje się przywitać. Niezbyt mu to wychodzi, bo tekst "Transferu" nie powala na kolana. Ot, kilka dialogów, monologów i piekło, które niby ma intelektualnie przypiekać emocje, a tak naprawdę ziębi. I nawet gdyby reżyser Marcin Sławiński zrobił z igły widły, to i tak dramat na kolana nie powali. Bo głównym problemem jest tu brak puenty. Jakby sztuka wycięta była z telenoweli, w której bohaterowie nie znają granic. Współczesna "mieszkaniowa" Sodoma i Gomora. Ale ile można zachwycać się operami z szarego mydła? A to było tak... Żyje sobie małżeństwo Curikow made in modern Russia - ona i on. Ona nie żałuje sobie cielesnych uciech, a on jakiś nijaki. Ale trafia mu się okazja - dostaje zaproszenie do piekła od niespodziewanego gościa. Zjawia się kumpel z wojska niczym "gołąb pocztowy" i zaprasza bohatera do zmarłego ojca. Więc jak tu nie jechać? Przecież to takie normalne - piekło. I dlatego

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Źródło:

Materiał nadesłany

Nowa Siła Krytyczna

Autor:

Ada Romanowska

Data:

23.10.2007

Tematy w toku

Realizacje repertuarowe