06.08.2012 Wersja do druku

Pełnia niczym niezmąconego szczęścia

- W teatrze coś ćwiczy się długo, a potem reprodukuje. W sporcie za każdym razem to jest inne zdarzenie. Aktor gra dla publiczności, sportowiec tylko pośrednio - przede wszystkim dla zwycięstwa - Rzeczpospolita przypomina wywiad sprzed 6 lat ze zmarłym wczoraj wybitnym reżyserem Erwinem Axerem.

Co było pierwsze w pana sportowym życiu: rakieta do tenisa czy narty? Erwin Axer: Kąpielówki. Zacząłem pływać podczas wakacji nad Adriatykiem, ale dopiero w Baden pod Wiedniem, gdzie mieszkali moi dziadkowie, porządnie trenowałem. Dzięki temu byłem trzeci w mistrzostwach Lwowa do 14 lat. Startowałem w barwach Pogoni. Na wakacjach w Baden zaczął też pan grać w tenisa... - Pierwszą rakietę podarowała mi matka, ale nie grałem z nią, tylko z austriackim trenerem z klubu. Wciągu roku trenowałem w Lwowskim Klubie Tenisowym, bo do niego należała matka. Opowiadała, że podawał jej piłki młody Józef Hebda. Dobrze go pamiętam, ale nie odbijaliśmy, bo był już wtedy drugi w Polsce po Ignacym Tłoczyńskim. Grałem do matury. W 1935 roku przyjechałem ze Lwowa do Warszawy. Szkoła reżyserska była po południu, więc nie miałem czasu na tenis. Sport na początku XX wieku nie był traktowany poważnie. Rodzice nie protestowali? - To zależało od środ

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

Pełnia niczym niezmąconego szczęścia

Źródło:

Materiał nadesłany

Rzeczpospolita online

Autor:

Jakub Kowalski

Data:

06.08.2012