"Orfeusz i Eurydyka" w reż. Mariusza Trelińskiego w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie. Pisze Dorota Szwarcman w Polityce.
Treliński nie opowiada mitu o Orfeuszu i Eurydyce, tylko własną fabułę. To nie zaskakuje, uczynił tak już w przejmującym "Królu Rogerze". Najnowsza premiera jest mniej przekonująca. W "Orfeuszu i Eurydyce" Christopha von Glucka, wystawionym w Operze Narodowej w koprodukcji ze Słowackim Teatrem Narodowym z Bratysławy (tam premiera odbyła się w grudniu), wykorzystano wcześniejszą, tzw. wiedeńską, wersję dzieła, z włoskim tekstem, bez baletu, z altową partią Orfeusza, w tym przypadku realizowaną przez baryton (jak już zresztą nieraz to wystawiano). Reżyserowi owa bardziej ascetyczna wersja lepiej pasowała do jego opowiadania. Bo wbrew temu, co głosił wcześniej w wywiadach, nie proponuje uwspółcześnionego mitu. Inny zupełnie jest punkt wyjścia jego opowieści: Eurydyka popełnia samobójstwo. Jest to wręcz sprzeczne z mitem. Zupełnie inny rodzaj tragedii wynika z sytuacji, gdy w momencie niezmąconego szczęścia małżeńskiego los Eurydyki zost