Logo
Recenzje

Pan Molier na leżaku

27.03.2026, 12:04 Wersja do druku

Słuchowisko „Tartuffe” Moliera w reż. Andrzeja Seweryna w Teatrze Polskim w Warszawie. Pisze Malwina Kiepiel w Teatrze dla Wszystkich.

fot. mat. teatru

To był spektakl, który z definicji nie powinien gwarantować frekwencji. Słuchowisko – bez sceny, bez aktorów na żywo, w dodatku długie, bo bez skrótów, pełne pięć aktów: 1 godzina i 48 minut. A jednak Scena Kameralna Teatru Polskiego w Warszawie była wypełniona po brzegi, a publiczność – zaskakująco skupiona.

Zgasło światło. Dostaliśmy słuchawki i opaski na oczy. Ba, dostaliśmy też koce, jakby teatr uprzedzał, że to wejście w tryb słuchania. I rzeczywiście: człowiek po kilku minutach przestaje siedzieć na widowni. Za to zasiada wygodnie we własnej głowie.

„Tartuffe” Moliera w reżyserii Andrzeja Seweryna jest tu propozycją ryzykowną, ale logiczną. Seweryn jest dyrektorem Polskiego, ale też artystą, który jako jedyny Polak przez 17 lat (1993–2010) był aktorem Comédie-Française i pierwszym cudzoziemcem przyjętym do tego zespołu na prawach sociétaire. Ta biografia ustawia ton: klasyka francuska traktowana serio, bez udawania, że „musi się unowocześnić”, żeby zadziałać. Seweryn wybiera przekład Jerzego Radziwiłowicza i stawia na wydobycie sensu oraz rytmu wiersza. W rozmowie po odsłuchu mówił wprost, że nie rości sobie prawa do tego, że „wie lepiej”, ale jest „rozkochany w Molierze” i wraca do tego dramatu, bo to „niezwykły tekst o naszych słabościach” – o manipulacji i samooszukiwaniu, napisany tak, że „dramaturgia płynie”.

„Tartuffe” to komedia o uwiedzeniu przez pozór. Orgon, głowa mieszczańskiego domu, ulega człowiekowi, który pod płaszczykiem religijnej pokory i moralnej surowości zdobywa jego bezgraniczne zaufanie. Tytułowy bohater nie jest demoniczny – to po prostu sprytny manipulator. Udaje pobożność i cnotę, grając ofiarę. I właśnie ta gra pozwala mu przejąć kontrolę nad domem, skłócić rodzinę, manipulować uczuciami i interesami. Molier pisze komedię o tych, którzy chcą ślepo wierzyć, o potrzebie autorytetu, która odbiera rozsądek, i o tym, jak łatwo moralny język może stać się narzędziem dominacji. Dlatego „Tartuffe” jako dzieło nie starzeje się ani trochę.

Najważniejsza jest jednak forma. To słuchowisko binauralne. Andrzej Brzoska – legendarny reżyser dźwięku, realizator Teatru Polskiego Radia – tłumaczył ten mechanizm prosto: binauralność nie jest „lepszym stereo”, tylko próbą podania mózgowi informacji, które zbiera w realnej przestrzeni. Chodzi o różnice czasu, natężenia i barwy. W słuchawkach dźwięk może pojawiać się z boku, z tyłu, nad głową, zza ściany. Teoretycznie brzmi to jak techniczna ciekawostka. W praktyce robi z widza uczestnika sceny. Najmocniej działa tu właśnie słynny fragment z Orgonem pod stołem. Dzięki binauralności można „schować się” razem z nim i słyszeć wszystko z jego perspektywy.

Seweryn i Brzoska wybrali oszczędność. Dominuje słowo i jego umiejscowienie w przestrzeni. Ktoś podchodzi. Ktoś odchodzi. Ktoś mówi tuż przy uchu. Zyskujemy klarowną „scenografię dźwiękową”, ale płacimy za to cenę. I tę cenę najlepiej nazwali słuchacze niedowidzący, obecni na pokazie. Dla jednej z osób z niepełnosprawnością było to doświadczenie wyrównujące: „Pierwszy raz w życiu czułam się pełnoprawnym, jednakowym odbiorcą”. Ta wypowiedź zostaje w głowie, bo mówi o teatrze bez łatwych wzruszeń – o równości dostępu i o tym, że to nie widzenie jest normą.

Ale właśnie ci słuchacze najszybciej wyłapują mankamenty. Padła uwaga o niedosycie „dźwięków pobocznych”: otwierania drzwi, trzasku, szelestów, sygnałów przejścia z pokoju do pokoju. Pojawiła się też krytyka obsadowa, typowo radiowa: część głosów bywa zbyt podobna i momentami „zlewała” postaci. Seweryn przyznał, że o różnicowaniu barw głosów przy obsadzaniu w ogóle nie myślał – i że to cenna uwaga. Brzoska bronił zasady ascezy: nadmiar efektów także potrafi zabić tekst, a binauralność w skrajnej postaci bywa dla części odbiorców zbyt intensywna, wręcz naruszająca „prywatność” słuchania. To jest rozmowa o granicy: gdzie kończy się immersja, a zaczyna hałas.

Na koniec zostaje jeszcze jeden paradoks tego wieczoru. W teatrze zwykle ktoś świeci ekranem, ktoś szeleści, ktoś „tylko na sekundę” sprawdza wiadomość. Tutaj, w ciemności, z opaską na oczach, wszyscy pilnowali ciszy. Jakby sama forma narzucała dyscyplinę. I nagle okazało się, że można przez prawie dwie godziny nie robić nic poza słuchaniem Moliera.

Trzeba tego spróbować. Nie dlatego, że to „nowoczesne”, lecz dlatego, że to przywraca starą umiejętność, o którą dzisiaj coraz trudniej: koncentrację. „Tartuffe” w binauralnej wersji oczywiście nie zastąpi teatru żywego, ale potrafi uruchomić teatr w głowie – i zrobić to z rzadko spotykaną skutecznością. A jeśli po drodze coś zgrzytnie, tym bardziej warto słuchać uważnie. Bo ten format nagradza uważność.

8/10

Tytuł oryginalny

Pan Molier na leżaku

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Malwina Kiepiel

Data publikacji oryginału:

26.02.2026

Sprawdź także