27.06.2020, 14:36 Wersja do druku

Ośmieszające, odarte z polskości i narodowej symboliki

"Dziady" Adama Mickiewicza w reż. Eimuntasa Nekrošiusa w Teatrze Narodowym w Warszawie, pokaz online. Pisze Temida Stankiewicz-Podhorecka w miesięczniku Wpis.

fot. Krzysztof Bieliński

Teatr Narodowy w Warszawie przedstawił niedawno premierę online spektaklu "Dziady" Adama Mickiewicza w reżyserii Litwina, Eimuntasa Nekrošiusa. Niektórzy z widzów tej formy przekazu oglądali z pewnością wcześniej owo przedstawienie na naszej narodowej scenie w tzw. planie żywym, wszak znajduje się ono w repertuarze tego stołecznego teatru. Mieli zatem możliwość porównania. Jedyna różnica między owymi dwiema formami prezentacji tego samego spektaklu jest właściwie tylko taka, że w teatrze żywego planu publiczność siedząca na widowni widzi całą scenę - od kulisy do kulisy - i ma możliwość wyboru, zatrzymania dłużej wzroku na dowolnie wybranym fragmencie sceny czy detalu. Tak więc podkreślam - ma wybór. W przekazie internetowym zaś, to kamera, prowadząc oko widza, dokonuje wyboru za niego, decydując, które sceny, detale czy postaci należy pokazać na zbliżeniu. Jest to więc forma przekazu telewizyjna, filmowa. Poza tym, koncepcja inscenizacyjna, gra aktorów, wystrój scenograficzny przedstawienia pozostają identyczne w obu przekazach: w planie żywym i przekazie internetowym.

Oglądając ponownie Nekrošiusowskie "Dziady", tym razem poprzez internet, utwierdziłam się w swojej krytycznej, negatywnej opinii o tym spektaklu, który recenzowałam na łamach "Naszego Dziennika" zaraz po premierze w Teatrze Narodowym w 2016 roku. Toteż niemałym zdumieniem była dla mnie wypowiedź dyrektora Teatru Narodowego, Jana Englerta, zarejestrowana na stronie internetowej tejże sceny, podkreślająca wybitność spektaklu. Czy ten znany aktor i reżyser teatralny rzeczywiście tak postrzega tę inscenizację, czy po prostu jako dyrektorowi owej placówki nie wypada mu krytykować macierzystego przedstawienia? Tym bardziej, że przecież sam zaprosił litewskiego reżysera do realizacji Mickiewiczowskiego, arcypolskiego dzieła.

fot. Krzysztof Bieliński

Właściwie nie powinny mnie już dziwić żadne rozmaite dziwaczne pomysły reżyserskie i pseudoreżyserskie w inscenizacjach "Dziadów". Na przestrzeni tylu lat wystawiania tego arcydramatu naszego narodowego wieszcza zdarzały się, owszem, realizacje wierne literze tekstu, zgodne z duchem dzieła zamyślonym przez autora, ale były to wyjątki. To prawda, że reżyser ma prawo do twórczej i uzasadnionej artystycznie ingerencji w dzieło literackie, które inscenizuje, pod warunkiem wszakże, że nie wypacza myśli autora, a tylko, niczym tłumacz, dokonuje pewnego jej artystycznego przekładu na inny rodzaj sztuki (scenę teatralną) czy też na inną estetykę, np. danej epoki. Nie ingeruje jednak w tkankę utworu, którą Mickiewiczowskie "Dziady" mają przecież wciąż niezwykle żywą. Są utworem ciągle współczesnym, w każdym czasie. Są utworem bardzo polskim, a jednocześnie uniwersalnym. Dość prześledzić dzieje jego inscenizacji, pomijając oczywiście, rozmaite karykaturalne, "przenicowane" koncepcje reżyserskie. Nie ma więc zatem powodu dla naruszania integralności "Dziadów", z czym, niestety, często się spotykamy.

Dziś, w dobie rewolucji aksjologicznej, której ostrze wymierzone jest głównie w zniszczenie państw narodowych poprzez uderzenie w wiarę katolicką, w Kościół (a jak wiadomo, u nas Kościół od zawsze był silnie związany z polskością, jest sygnatariuszem naszych wartości narodowych), reżyserzy, którzy w swoich inscenizacjach "Dziadów" drwią z naszych wartości narodowych, z odniesień do naszej symboliki religijnej, którzy odzierają dzieła Mickiewicza z tych właśnie przymiotów i szydzą z nich, powinni być obłożeni społeczną anatemą. Wielokrotnie pisałam, że dopóki nie będzie zagwarantowanej ustawowo ochrony wielkich polskich dzieł klasycznych - należących do kanonu naszego dziedzictwa narodowego - dopóty będzie trwało, niestety, bezkarne niszczenie naszego dorobku. I to zarówno poprzez celowo fałszywą interpretację tych dzieł, dopisywanie oryginalnym utworom rozmaitych gryzmołów reżyserskich wypaczających myśl autora, jak i przez przerabianie tych dzieł wręcz do niepoznaki przy jednoczesnym pozostawianiu oryginalnego tytułu utworu oraz nazwiska autora. No, bo nazwisko wielkiego autora i tytuł jego dzieła na afiszu zestawione z nazwiskiem reżysera-gryzmoła przecież tegoż gryzmoła nobilituje.

Jakub Wittchen

Tymczasem gryzmołów rzucających się na wielką polską klasykę, w tym zwłaszcza na "Dziady", jest niemało. Weźmy choćby przykłady z ostatnich kilku sezonów: spektakle Michała Zadary, Radosława Rychcika czy wspomnianego już Eimuntasa Nekrošiusa. Pamiętam też dużo wcześniejsze inscenizacje, m.in. sprzed dwudziestu paru lat Jerzego Grzegorzewskiego na scenie Starego Teatru w Krakowie, w której reżyser posiekał dosłownie tekst Mickiewicza na kawałki, poprzestawiał sceny, rozdwoił bohaterów, a niektórych tak zwielokrotnił, że jedna postać występowała aż w pięciu osobach. Powstał w ten sposób zupełnie nowy utwór o filozofii całkowicie odległej od myśli Mickiewicza.

Michał Zadara z kolei w swoim czternastogodzinnym spektaklu-molochu (reżyser wykorzystał wszystkie części "Dziadów"), wystawionym w Teatrze Polskim we Wrocławiu, zaprezentował nie tylko brak poszanowania dla naszej tradycji, polskości, symboliki narodowej, ale całkowicie odarł arcydzieło z jego tożsamości ideowej, polskiej, kompletnie negując zawarte w utworze przesłanie Mickiewiczowskie. A przecież jest coś takiego jak pamięć narodowa przekazywana z pokolenia na pokolenie, która zwiera się właśnie w takich dziełach jak "Dziady". Ten aspekt dla Zadary nie ma jednak żadnego znaczenia, jest po prostu nieważny. Podobnie jak element patriotyczny zawarty w dziele Mickiewicza, który został z niego całkowicie wyeliminowany. Ważne jest za to katowanie widza rozwlekłością narracji i marnym poziomem artystycznym. W którymś wywiadzie prasowym reżyser wyznał, jak postrzega bohaterów arcydzieła Mickiewicza. Według niego "Dziady" to rzecz o "niedostosowanych, dziwakach, odmieńcach". Prześmiewczość zdaje się tu zatem głównym motywem inscenizacji.

Ta reinterpretacja "Dziadów" ma służyć konkretnemu celowi: właśnie unieważnieniu zawartej w dziele Mickiewicza pamięci narodowej opartej na naszych wartościach, wokół których jednoczą się Polacy, tworząc wspólnotę opartą na tej samej tradycji, historii, na tej samej tożsamości. Zadara to wszystko podważa i wprowadza swoją - obłędną zupełnie - interpretację, według której wspólnota powinna tworzyć się wokół elementów, które ją różnią. Stąd w jego interpretacji bohaterowie "Dziadów" to odmieńcy. Czy dlatego Konrad w trakcie wypowiadania Wielkiej Improwizacji oddaje mocz na scenie? Zresztą sceny z oddawaniem moczu w przedstawieniach Zadary są, można powiedzieć, jego znakiem rozpoznawczym jako reżysera. Polacy widziani jako wspólnota odmieńców to jest silna i ogromnie niszcząca, destrukcyjna wręcz, ingerencja w definicję polskości. Taka interpretacja "Dziadów" skłania do zapytania o poziom wykształcenia Michała Zadary. Nie chodzi tu o warsztat artystyczny (też marny, ale to już drugorzędna sprawa), tylko o zakres wiedzy tyczącej polskiej literatury romantycznej, którą tak często wykorzystuje on w swoich przedstawieniach. Nowa dyrekcja Teatru Polskiego we Wrocławiu zdjęła, na szczęście, ten spektakl z repertuaru. Wreszcie - można powiedzieć. Choć, oczywiście, można było przewidzieć burzę sprzeciwu, jaką w środowisku teatralnym decyzja ta wywołała.

Walka z polskością w literaturze, sztuce i w kulturze w ogóle to kierunek wytyczony przez lewicowo-liberalną polityką poprawności, nakazującą ośmieszać i niszczyć wszystko, co narodowe, co polskie. Warto w tym miejscu przypomnieć słowa Jarosława Marka Rymkiewicza o "Dziadach", które pisarz nazwał fundamentem polskości.

Tymczasem inscenizacja "Dziadów" w Teatrze Nowym w Poznaniu w reżyserii Radosława Rychcika zamieniła naszą symbolikę narodową, polskość, nasz aspekt patriotyczny na krytykę rasizmu w Stanach Zjednoczonych. Z tego powodu i w takiej sytuacji Konrad - współczesny luzak z coca-colą, Joker, często paradujący po scenie półnago, wygłasza słynne przemówienie Martina Luthera Kinga z 1963 r. z manifestacji czarnoskórej społeczności w tzw. Marszu na Waszyngton. Pani Rollison zaś, u Mickiewicza Matka studenta, polskiego patrioty, ucharakteryzowana została na słynną murzyńską nianię Mammy z filmu "Przeminęło z wiatrem", który okrzyknięto ostatnio jako rasistowski (pewnie nie pojawi się już w telewizji). Nie zabrakło ponadto ikon amerykańskiej popkultury - Mickiewiczowską Ewą jest tutaj Marylin Monroe. Co wspólnego z arcydziełem Mickiewicza mają w inscenizacji Rychcika Joker z filmu "Batman", Marylin Monroe, murzyńska służąca, Martin Luther King czy Ku Klux Klan? Wspólnego nie ma nic, ale cel jest czytelny: odrzeć "Dziady" z polskości i symboliki narodowej.

fot. Krzysztof Bieliński

Powróćmy do inscenizacji Eimuntasa Nekrošiusa na deskach warszawskiego Teatru Narodowego, gdzie reżyser w swojej koncepcji wykorzystał część II, III i IV "Dziadów". I to właśnie w takiej kolejności, toteż od strony artystycznej jest to spektakl niespójny myślowo i niejednorodny stylistycznie. W zakresie zaś filozofii, przesłania, idei, głównej myśli Mickiewiczowskiej daleki jest od litery tekstu. Przedstawienie to całkowicie pozbawione jest klimatu "Dziadów", który stworzył polski wieszcz, a także polskiej obyczajowości. Od czasu do czasu pojawia się za to celowe ośmieszanie, dziwaczne wygłupy bohaterów. Na przykład w scenie więziennej celę zamieniono w salę gimnastyczną z drążkami do ćwiczeń, a patriotyczna polska młodzież uwięziona za działalność niepodległościową przez Moskali w wileńskim klasztorze Bazylianów zachowuje się tam jak banda meneli czy pijanych kiboli. A przecież wśród tych studentów są postaci historyczne, jak choćby Żegota (w tej roli Karol Dziuba) czy Jan Sobolewski (grany przez Kamila Mrożka), współwięzień Mickiewicza, któremu autor dedykował część III "Dziadów". W oryginale wielce dramatyczna opowieść Sobolewskiego o wywożeniu polskiej młodzieży kibitkami na Sybir zostaje w karykaturalnym ujęciu litewskiego reżysera wybełkotana przez aktora pośród wygłupów, fikołków, podskoków, ewolucji cyrkowych i nadmiernej aktorskiej ekspresji, a nawet wrzasków. Nie robi żadnego wrażenia. Nie przeszywa do głębi. Scenie tej odjęty został cały tragizm, umniejszono znaczenie jej treści. Rzecz zakrawa po prostu na szyderstwo.

Odnosi się to także do wielu innych rozwiązań sytuacyjnych czy budowania postaci bohaterów. Weźmy choćby jedną z najważniejszych, głównych osób dramatu, księdza Piotra (gra go Mateusz Rusin). Ubrany w bocianie, czerwone, opadające do kolan (naciągnięte jedynie do połowy uda) rajstopy wygląda jak głupek, przybłęda albo cyrkowy klaun. A przecież jest to zakonnik, bernardyn, który opiekuje się uwięzioną polską młodzieżą. Ksiądz Piotr, doznawszy szczególnego proroczego widzenia, przepowiada zniewolonej przez Moskali Polsce jej misyjną rolę w dziele odkupieńczym grzechów całej Europy. Woła: "Polska Chrystusem Narodów". Ośmieszenie tej postaci w spektaklu litewskiego reżysera ma znaczenie daleko wykraczające poza sam wygłup. Można je odebrać jako uwarunkowane politycznie, niestety, gdyż te czerwone rajstopy dobrane zostały do białej koszuli; nasze barwy narodowe...

W konwencji głupiego żartu utrzymana jest także rozdzierająca u Mickiewicza scena wizyty pani Rollison (Kinga Ilgner) podczas balu u Senatora (Arkadiusz Janiczek). W narzuconej aktorowi, jak się domyślam, przez litewskiego reżysera interpretacji tej postaci Senator jest małym, bardzo śmiesznym, dość prymitywnym i zabawnym chłoptasiem, takim trochę przygłupem, błaznem, kacykiem. Pajacowaty Senator przecież nie może być groźny, można go nawet polubić. Ni stąd, ni zowąd w spektaklu Nekrošiusa niewidoma pani Rollison, okropnie wrzeszcząc, wskakuje ze zręcznością kangura na plecy Senatorowi, a ten dźwiga ją niczym worek ziemniaków. Używając języka małolatów jest to już - mega grotecha. Scenie tej towarzyszą prześmiewczo wielkie makówki umieszczone na wysokich prętach. A przecież Rollisonowa, matka polskiego patrioty uwięzionego z rozkazu Senatora, to Mickiewiczowska transpozycja matki bolesnej, cierpiącej, która przychodzi do tyrana, by błagać go, o uwolnienie jej jedynego dziecka. Ten obiecuje to zrobić, choć wie, że niewyobrażalnie torturowany chłopak już nie żyje, że sfingowano jego samobójstwo, że niby wyskoczył z okna. Postać pani Rollison, to u wieszcza także symbol naszej Ojczyzny, Polski, zniewolonej przez Moskali, rozpiętej na krzyżu cierpienia. U Mickiewicza jest to scena nie tylko niezwykle dramatyczna i wstrząsająca, ale też niezwykle głęboka znaczeniowo, wręcz prorocza. W przedstawieniu litewskiego reżysera służy jedynie pośmianiu sie, zabawie, mimo iż Senator, to słynny z okrucieństwa Nowosilcow, carski namiestnik na Polskę. Dlaczego otrzymał tu tak bardzo złagodzony, tak bardzo nieprawdziwy wizerunek?..

To samo pytanie jawi się odnośnie do sceny Salonu Warszawskiego. Jego uczestnicy znajdują się u Nekrošiusa na polu golfowym z kijami w rękach. Zamiast toczyć ważne rozmowy grają w golfa, a wypowiadane przez nich kwestie, dialogi gdzieś giną. U Mickiewicza jest to bardzo ważna scena, a jej autorska myśl wciąż zdumiewa swą aktualnością. W narysowanych przez poetę scenach Salonu Warszawskiego czy na balu u Senatora brylują bowiem zdrajcy Ojczyzny, przypochlebiający się Nowosilcowi konformiści. Również dziś nie brak targowiczan wysługujących się obcym czy to na mainstreamowych salonach, czy poprzez oszczercze donosy na Polskę do Unii Europejskiej. Inscenizacja litewskiego reżysera do takich refleksji w żaden sposób jednak nie prowadzi.

Nekrošius zbudował swój spektakl nierzadko obok litery tekstu, co pozwoliło mu na wprowadzenie elementów, których u Mickiewicza nie ma. Nawet te sceny, które literacko, dialogowo są zgodne z dziełem polskiego wieszcza, pod względem formalnego rozwiązania inscenizacyjnego często nabierają innych znaczeń lub po prostu unieważniają wagę myśli, które nadał dziełu sam autor. Tak jest na przykład z Małą i Wielką Improwizacją, które wypowiada Grzegorz Małecki jako Konrad. Słowa są, co prawda, zgodne z Mickiewiczowskim zapisem, ale sposób, w jaki aktor je prezentuje, zupełnie zmienia kierunek interpretacji. Małecki w ogóle prowadzi rolę Gustawa-Konrada, że ujmę to kolokwialnie, na dużym luzie. Obie Improwizacje, a więc kluczowe teksty poetyckiego dramatu, wypowiada niczym najzwyklejszą prozę, co obniża wagę ich treści. Zachowanie tego aktora podczas wygłaszania Wielkiej Improwizacji, najważniejszego monologu w polskiej literaturze dramatycznej, jest absolutnie nie do przyjęcia. Małecki a to poleguje na podłodze, a to przekręca się z boku na bok, a to przykuca. Jest to celowe i zamierzone ignorowanie ważności dzieła, obniżanie jego wartości oraz idei, jakie ze sobą niesie, chwilami wręcz ośmieszenie. Aktor zachowuje się czasem na scenie tak, jakby wszystko, co robił, nużyło go. Kuriozum tego wszystkiego stanowi scena skierowanego do Boga monologu. Najpierw Małecki wykonuje dziwną ekwilibrystykę z krzesłem, wywija nim, stawia na podłodze i wreszcie nakrywa białą szmatką. Po czym siada na podłodze i wpatrzony w nią mówi słowa adresowane do Boga. W ten sposób wygłasza Wielką Improwizację z jej najważniejszymi ustępami. Co symbolizuje ta szmatka? Czy przypadkiem nie jest to bluźnierstwo?

Wiele smutnych pytań ciśnie się na usta po obejrzeniu tego spektaklu niby "Dziadów". Nie ma w nim wyeksponowanego dramatyzmu, nie ma wielkiego, niezaprzeczalnego piękna artystycznego, nie ma uniesienia, rytmu, muzyczności - niczego, co wpisane jest w poetycką frazę, którą przybito na dodatek prozatorskim sposobem interpretacji tekstu. Jedno jest pewne - świadomie miało być śmiesznie, nienarodowo, z dala od polskości. Spektaklu nie ratuje kilka plastycznie urodziwych scen, interesująco poprowadzona przez Marcina Przybylskiego rola Diabła i znakomita muzyka Pawła Szymańskiego.

Tytuł oryginalny

Ośmieszające, odarte z polskości i narodowej symboliki

Źródło:

Wpis

nr 6 (116)