„Il Signor Bruschino” Gioachina Rossiniego w reż. Jitki Stokalskiej w Polskiej Operze Królewskiej w Warszawie. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.
Tradycja włoska, dla świata teatru, to między innymi komedia dell’arte, która rozwinęła się w epoce renesansu, pozostając do dnia dzisiejszego żywą tradycją sceniczną. Ma to związek ze spuścizną literacką choćby Carla Goldoniego, a w praktyce nieustanne trwanie w repertuarze mediolańskiego Piccolo Teatro Sługi dwóch panów w reżyserii Giorgio Strehlera z roku 1947. Owa komedia ludowa, adresowana do szerokiego odbiorcy, charakteryzowała się powtarzalnością postaci, wątków i zdarzeń. Wielokrotnie podziwiać można było: Arlekina, Kolombinę, Pantalone czy Pierota, a także główną parę zakochanych. Improwizowane utwory święciły triumf za sprawą prostych historii, wykorzystania akrobatyki, a także żartobliwych lazzi – gagów wspartych ruchowymi sekwencjami charakterystycznymi dla poszczególnych bohaterów. Wydaje się, że właśnie ów dawny świat sceny dramatycznej wpłynął również na kształtowanie sztuki operowej – jej formy, która poprzedziła operę buffa – farsy komicznej. W programie do przedstawienia w Polskiej Operze Królewskiej, Aneta Markuszewska, wskazuje, że ten typ utworów wyróżniała kompozycja jednoaktowa ograniczona maksymalnie do dziewięćdziesięciu minut, wzorowana na sztukach francuskich, brak chóru, zaledwie kilka postaci oraz co może ukazać związki z komedią dell’arte – powtarzające, wyróżniające się typy ludzkich charakterów. Byli to analogicznie: para przeznaczonych sobie wybranków, sprytne powiernice i służące, zrzędliwi, skąpi starcy. Akcja zaskakiwała zwrotami sytuacji, szybkim tempem i szczęśliwym zakończeniem.
Mistrzem owego gatunku, dla którego były to wprawki do rozkwitu w późniejszym czasie opery komicznej, stał się geniusz z Pesaro – Gioachino Rossini. Ten włoski kompozytor, mistrz nad mistrzami sztuki wokalnej, chyba ukochał sobie ową formę komediową (choć nie stronił od tematów poważnych (Wilhelm Tell, Tankred czy Semiramida), gdyż sam był niezwykle pogodnego usposobienia. Ze swoją żoną, gdy przeniósł się do Francji, prowadził otwarty dom pełen gości i dobrego jedzenia. Uchodził za wielkiego smakosza, tworzył potrawy, wymyślał przepisy kulinarne, głównie związane z jego ojczyzną. Można spotkać wszak niejedną karykaturę artysty ukazującą go za stołem czy w kuchni raczącego się wykwintnymi potrawami lub szykującymi dania. Warto choćby zauważyć, że jest pomysłodawcą bitej śmietany, a gdy odwiedzał restauracje stolicy Francji czarował obsługę z kucharzem włącznie. I może dlatego tworzył arcydzieła nie przesiąknięte egzystencjalnym bólem, ale radością życia, spontanicznością i może nawet szarą codziennością, ale przyprawioną jak wyborne danie składnikami budującymi spełnione widowisko sceniczne.
Jedną z owych muzycznych perełek stał się Il signor Bruschino pierwszy raz wystawiony w roku 1813 w Wenecji, gdy kompozytor miał zaledwie dwadzieścia jeden lat. Choć początkowo spektakl nie spotkał się z aprobatą widowni, dokładne powody nie są znane, to powrócił na afisze trzydzieści lat później, będąc przykładem kunsztu komediowego wybitnego artysty. Ponoć utwór został skomponowany w ciągu jedenastu dni, co można uznać za mistrzostwo, gdyż muzyka charakteryzuje się lekkością, wprawdzie nie ma posmaku wirtuozerii. Mankamentem mogło być libretto autorstwa Giuseppe Foppy na podstawie francuskiej sztuki René de Chazeta i Maurice’a Ourry’ego Syn z przypadku, czyli spryt i szaleństwo. Fabuła jest dość zawiła, mimo to na scenie operowej prezentuje się niezwykle sprawnie. Można ją skonkludować do kilku określeń: kluczem jest intryga miłosna, aby wybraniec serca Sofii – Florville, którego ojciec był zaciekłym wrogiem rodzica dziewczyny, mógł uzyskać jej rękę. Gdzie w tym wszystkim Pan Bruschino? No właśnie na tym polega owa przebiegłość farsowa Rossiniego. Bohater jest – tylko jak strzelba wisząca na ścianie wystrzeli w ostatnim akcie. Wówczas pojawi się niedoszły kandydat do ręki dziewczyny (utracjusz korzystający z życia garściami), który miał być przeznaczony do owej roli matrymonialnym kontraktem dwóch pozornych przyjaciół: starego Bruschino oraz Gaudenzio. Nim dojdzie do szczęśliwego finału, można powiedzieć pojednania zwaśnionych rodów za sprawą owego małżeństwa, wiele się wydarzy, rozbawi i pozwoli skonstruować kilka moralizatorskich tez, z którymi publiczność opuszcza salę teatralną. Na pewno ów materiał jest wdzięczny dla scenicznej próby i należy podkreślić, że Polska Opera Królewska przygotowała istny artystyczny bibelot, który lśni blaskiem włoskiego kunsztu lekkości i sprawnej opowieści.
Owe zadanie zostało powierzone niezastąpionej Jitce Stokalskiej. Reżyserka, może dla wielu warto przypomnieć, choćby asystentka Kazimierza Dejmka w Dziadach z roku 1967, to od dziesięcioleci pierwszoplanowa postać kameralnej sztuki operowej. I właśnie istotne jest, że jak nikt inny z małych form konstruowała i nadal to czyni, perełki widowiska scenicznego. Kilkukrotnie sięgała do Il signor Bruschino, ale jej dorobek to także kilkadziesiąt produkcji zarówno Rossiniego, jak i Wolfganga Amadeusza Mozarta, a także innych kompozytorów. Przez lata współpracowała z Warszawską Operą Kameralną, gdzie wspólnie z Ryszardem Perytem budowała inscenizacyjny wzorzec prezentowanych spektakli. Dziś jej domem stała się Polska Opera Królewska. Tym, co ją wyróżnia, a osobiście to niezwykle cenię, to wierność oryginałowi dzieła. Daleka jest od eksperymentu uwspółcześniania, ale podąża za literą libretta i tym, co niesie muzyka. Perfekcyjnie przygotowuje widowiska z nutą komediową – jak nikt inny wychwytuje prostymi środkami możliwości ubarwienia postaci przerysowaniem, nawet grubą kreską. Imponuje mi ta umiejętność, gdyż wzbudza ona wśród widzów szczery uśmiech i refleksję, jak wiele można pokazać w tak niewinny sposób. A może to płynąca w żyłach czeska krew i nieco odmienne podejście do życia, choć w słowiańskim kręgu, ukazuje ową ironię i umiejętność wyłuskania tego, co pozornie jest niezauważalne? Ów lekki konserwatyzm inscenizacyjny jest świetnym przykładem, że nie trzeba wielkich reinterpretacji, aby skonstruować żywe widowisko operowe. I właśnie ostatnie spotkanie z Rossinim takie jest – pełne uśmiechu i niezobowiązującej lekkości.
Walorem przedstawienia Polskiej Opery Królewskiej jest strona plastyczna. Całość rozegrano w jednolitej, niezmiennej dekoracji ukazującej dziedziniec ogrodowy pięknej rezydencji Gaudenzio. Precyzja i naturalizm autorstwa Wojciecha Stefaniaka godne są uwagi. Mała fontanna, arkadowe wejście, para schodów prowadząca do wyższych kondygnacji i dwie wieże jako pokoje rezydencji bogacza. Nie ma abstrakcji – jest konkret, który przywodzi na myśl precyzję parków włoskich, które charakteryzowały się symetrią i perfekcją ułożenia zieleni, a także kaskadowym wyglądem, który nadal można podziwiać choćby w Neapolu. I choć owa sztuka zewnętrznych przestrzeni ustąpiła miejsca wzorcom francuskim, to pozostaje ciekawym pejzażem dawnego uroku i blasku obszaru spędzania czasu pod blaskiem słońca. Właśnie ów ciepły klimat towarzyszy owej oprawie. Jednak w ów idealizm obrazu wkrada się pewien niepotrzebny zgrzyt. To projekcje autorstwa Wojtka Kapeli. Są one trywialne i nijakie, by nie powiedzieć infantylne. Owszem, dwa amorki mrugające oczkami mają urok zwiastującej miłości, ale inne dodatki nie mają najmniejszego sensu. Stanowią dopełnienie, komentarz do akcji scenicznej – choć nic nadzwyczajnego nie wnoszą. Może miały służyć wzmocnieniu dowcipu, jak choćby w scenie Pana Bruschino, który pod naporem wodzenia go za nos zaczyna tracić rezon, a głowa pełna jest natłoku myśli i świat zaczyna wirować. W wizualizacjach ujrzymy wijące się wieże niczym krzywy domek w Sopocie. Ale to zbędny efekt – horyzont z błękitnym niebem to wystarczająca oprawa tła, która nie wymaga dodatkowych stymulacji wzrokowych. Zaburza się jasność przekazu i wizualna perfekcja. Dodatkiem pozytywnym są dopracowane kostiumy autorstwa Mateusza Karolczuka.
W owym świecie idealnej, dawnej pocztówki toczy się zawiła, choć urocza, akcja dążeń Florville’a o rękę Sofii. Kochający się młodzi muszą uknuć intrygę, aby ojciec dziewczyny pobłogosławił młodych. W ową grę zostaje wplątany Pan Bruschino, którego plan zakładał wydanie syna – birbanta i utracjusza – za latorośl Gaudenzio. Opera to komedia omyłek, niedopowiedzeń i splotów zdarzeń, które zmierzają do radosnego finału. Stokalska stawia na płynność akcji; jej tempo pisane muzyczną galopadą. Nie ma nudy, a sceny przemijają niezwykle sprawnie. To zasługa obdarzenia każdej z ról indywidualną, odmienną, charakterystyczną kreską. Prym w owej pomysłowości wiedzie Gaudenzio (Robert Gierlach), który świetnie odnajduje się w owej farsowej konwencji. Nie tylko błyszczy głosem, igraniem swoimi wokalnymi możliwościami, ale ukazuje ironiczne podejście do swojej postaci. Świetnie wypada w sekwencji porannej gimnastyki, mocując się, przy wsparciu dwóch służących, ze sztangą oraz sprężynowym ekspanderem. Ta ruchowa scena to perełka umiejętności skonstruowania epizodu, który kipi oryginalnością ku uciesze publiczności. Safandułowatość świetnie prezentuje Pan Bruschino (Witold Żoładkiewicz), nieustannie schorowany, męczony podagrą oraz narzekający na upał w trwałym towarzystwie kamerdynera. Do owego grona postaci charakterystycznych należy dodać pojawiających się w epizodach: służącą Mariannę (Dorota Lachowicz) – pełna wigoru i zaradności; świetny głosowo i aktorsko oberżysta z nierozłączną chochlą – Filiberto (Robert Szpręgiel), a także szczuplutki i wysoki komisarz policji (Piotr Kędziora). Ten ostatni to cudo komediowej formy – cały czas podpity z nieustępującą czkawką to satyryczny obrazek funkcjonariusza władzy wpisującego się w ową farsę omyłek. Na owym tle nieco ginie faktycznie główny bohater, autor całego zamieszania Florville (Jacek Szponarski). Niesamowicie statyczny, nie zachwyca zarówno grą aktorską, jak i możliwościami głosowymi, które ukazują niezwykłe problemy w wyższych rejestrach. Zupełnie odmiennie prezentuje się Sofia (Maria Olender, w nagłym zastępstwie Aleksandry Kubas-Kruk). Początkowo niewinna i nieśmiała, swój kunszt drapieżnej niewiasty walczącej o prawo do własnych decyzji i postanowień prezentuje w żywiołowej arii, która w jej wykonaniu brzmi niezwykle okazale. Tym, co stanowi niekwestionowalny walor, jest rozbudowanie przez inscenizatorkę sekwencji służących. Nie są one statycznym tłem, ale ubarwiają akcję, dodają jej komicznego charakteru dzięki dobrej, choć prostej choreografii Anny Hop. Niezapomnianym pozostanie wspomniany epizod gimnastyczny z Gaudenzio, a także radosna i przerysowana scena aniołków miłości. Proste, a wzbudzające niewymuszony uśmiech.
Dopełnieniem udanego wieczoru operowego jest wysoki poziom orkiestry pod kierunkiem Karola Szwecha. Dynamika koresponduje z akcją sceniczną, a jakość i adekwatność stylu wyrażają się już w uwerturze. Ów wprowadzający fragment, z sekwencją uderzania smyczków skrzypiec o pulpity, konstruuje świetną atmosferę pewnej gry konwencją farsowości już w pierwszych fragmentach muzyki. Kompozycja Rosiiniego jest lekka, pozbawiona nuty minorowego nastroju i ma w sobie blask delikatnego, może nawet lekko sielankowego piękna.
To idealny wieczór dla poznania i obcowania z pierwszymi kompozytorskimi próbami wielkiego włoskiego mistrza opery. Z utworem zapomnianym, choć niesłusznie, gdyż posiada on unikalną wartość ukazania dawnego stylu i formy – dziś jakże poszukiwanej w galopadzie codzienności. Jitka Stokalska, wierna swoim reżyserskim ideałom: spójności i logice inscenizacji, nie silenia się na uwspółcześnienie, minimalizmowi i podążaniu za literą oryginału, skonstruowała wielce sprawne widowisko. Wydobyła na plan pierwszy komizm sytuacyjny i na szczęście daleka jest od bieżącego widzenia farsy w teatralnym świecie, z zasadą: im głupiej, tym lepiej. To wieczór z inteligentną rozrywką pozbawiony trywialności i powierzchowności. Wsparty świetnym brzmieniem orkiestry oraz poprawnością wokalną, jest świadectwem wartościowej produkcji, gdzie króluje uśmiech, ale i nie brak mu nuty moralizatorskiej: o odmienności postrzegania świata przez młodych i dojrzałych, naganności pijaństwa oraz przywarach każdego z nas – wszak to rzecz o ludziach z krwi i kości. Zatem operowe krzywe zwierciadło pełne radości, a nie nudy.
Il signor Bruschino, Gioachino Rossini, kierownictwo muzyczne: Karol Szwech, reżyseria: Jitka Stokalska, Polska Opera Królewska w Warszawie, premiera: luty 2026.