28.10.2005 Wersja do druku

On bez niego

Coś takiego jak uśmiech bez kota: nieuchwytna tajemnica. Przez wiele lat, od Warjacji w 1978 roku, oglądałem przedstawienia Grzegorzewskiego jak sen w odcinkach. Sen cudzy, więc z natury rzeczy jeszcze bardziej niedostępny niż własne. Chyba że następuje to, o czym Grzegorzewski mówił nieraz słowami Witkacego: W nieskończoności wszelkich możliwości możliwym jest i taki przypadek: spotkanie się czterech identycznych snów. To nazywają czasem cudem - pisze Janusz Majcherek w Teatrze.

Jakże by się chciało materię tak niematerialną jak sen albo teatr uchwycić we wzór, sprowadzić do równania bez niewiadomych. Freud był w pewnym sensie krytykiem teatralnym; krytycy teatralni są w pewnym sensie freudystami. Mniej utalentowani - krytycy..., freudyści... - kończą jako laborantki w prosektorium. Dość szybko zrozumiałem, że objaśnianie marzeń teatralnych do niczego nie prowadzi: albo zabija marzenie, albo pozostaje niejasne. Udało mi się nie napisać ani jednej tak zwanej gruntownej analizy żadnego z przedstawień Grzegorzewskiego. Owszem, wiele razy wyrażałem zachwyt. Nad Tym. Ale ostentacyjnie nie przeprowadzałem dowodu. Na To. Znalazłem natomiast furtkę. Do Tego. Albo do Czego Innego. Jedna z furtek do jednego z ogrodów o rozwidlających się ścieżkach: Samuel Beckett, zapytany o sens ostatniego dzieła Joyce' a, odparł, iż nie należy pytać, o czym jest Finnegans Wake, ponieważ ono samo jest tym czymś. (Mniej więcej w tym samym cza

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

On bez niego

Źródło:

Materiał nadesłany

Teatr nr 7/8

Autor:

Janusz Majcherek

Data:

28.10.2005

Wątki tematyczne