„Opiekunka na zabój” Aldony Jankowskiej i Aleksandry Wolf, w reż. Aldony Jankowskiej w Teatrze Kamienica w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.
Kocham teatr za jego nieprzewidywalność. Teatr Kamienica zapowiadając pierwszą premierę w nowym sezonie 2025/26 na 16 września br., zgotował swoim sympatykom ogromną niespodziankę i na początku sierpnia przez dwa dni grał po dwa spektakle przedpremierowe. Tak! bo to nie były zamknięte, tak zwane próby z publicznością, tylko pełnowymiarowe, gotowe pod każdym względem przedstawienia, na które można było kupić bilety „z ulicy”. Oczywiście, wścibskie wróble teatralne zasłyszały gdzieś tam, przypadkiem, że te przedstawienia mają charakter testowy. Czy sprawdza się koncepcja reżyserska? Czy zespół nie szarżuje zbytnio, lub wprost przeciwnie, czy nie przynudza za bardzo? Jakie są reakcje publiczności? Itd.
Skoro już zaistniałem się w roli testera, to odpowiadam: koncepcja reżyserska jest bez zarzutu. Cały zespół aktorski sprawdza się bezbłędnie w swoich rolach, a dwie panie według mnie, wręcz rewelacyjnie. Publiczność reaguje żywiołowo od pierwszej do ostatniej sceny i wspaniale bawi się przez cały czas. A teraz kilka szczegółów.
Pierwszym dużym, pozytywnym zaskoczeniem jest tekst i fabuła. „Opiekunka na zabój” to pierwsze wspólne „dziecko” Aldony Jankowskiej i Aleksandry Wolf. Pierwsze, ale jakże udane! Fabuła naprawdę wciąga, a teksty, dialogi i monologi są znakomite. Nie nużą, nie są pompatyczne, napisane są językiem, którym większość z nas posługuje się na co dzień. Wielokrotnie ze sceny pada tak zwane grubsze słowo, ale absolutnie nie wywołuje to zgorszenia. Wprost przeciwnie, ponieważ pojawia się w adekwatnych sytuacjach, powoduje wybuchy śmiechu.
Na scenie oglądamy cztery osoby: Dorotę Chotecką jako wiodącą postać, czyli Zofię Kramarczyk z Szurmiejowic; Justynę Sieńczyłło (w dublurze z Lucyną Malec) jako Alicję; Milenę Staszuk – jako Dorotę i Radosława Pazurę jako Mirka (i nie tylko).
To jest spektakl Doroty Choteckiej! Gra główną postać, jest prawie cały czas na scenie, wokół niej rozgrywa się cała akcja, ona jest jej główną moderatorką, ona ma najwięcej do zagrania, w niej następuje największa przemiana. Chotecka wykazała się dużą odwagą przyjmując tę rolę, ale dzięki temu może zaprezentować swoje nieprzeciętne zdolności aktorskie, można powiedzieć – bez żadnych upiększeń. Co za vis comica! Jest znakomita! A prezentuje się w całej gamie stanów emocjonalnych i psychicznych spowodowanych zdarzeniami, w których uczestniczy. Raz jeszcze powtórzę – Chotecka jest znakomita.
Ale na jej grę niewątpliwy wpływ ma trwająca przez całą sztukę interakcja z drugą główną postacią, czyli Alicją, graną w oglądanym przeze mnie spektaklu przez Justynę Sieńczyłło. To są właśnie te dwie rewelacyjne według mnie role. Sieńczyłło z absurdalnych przyczyn nieczęsto występuje na scenie i oglądając ją odczuwałem coraz większą złość na wszelkiej maści decydentów, którzy od wielu już lat mataczą w sprawie losu i statusu Teatru Kamienica, co prowadzi do tego, że tak dobra aktorka jak Sieńczyłło zamiast dawać ze sceny radość ludziom, musi użerać się w najrozmaitszych urzędach, ministerstwach i sądach, walcząc z tajemniczymi siłami. I w czasie przedstawienia odczuwałem ogromny podziw dla niej, że pomimo ogromu tylu przytłaczjących ją spraw i problemów o charakterze wręcz egzystencjalnym, potrafiła tak wspaniale wcielić się w postać Alicji, może nie posiadającej kryształowego charakteru, ale nie pozbawionej również humoru. Mam nadzieję, że ta rola jest dla artystki pewnego rodzaju odskocznią od przeciwieństw, z którymi musi się zmagać poza sceną. Nie wykluczam, że rola Alicji może mieć dla niej jakieś walory terapeutyczne, bo Sieńczyłło znakomicie wciela się w tę postać, trochę szaloną, trochę zwariowaną, trochę szemraną. Nie wyobrażam sobie Alicji granej na poważnie, a Sieńczyłło trafia w punkt, czyli gra lekko, z przymrużeniem oka, ale bez jakiegokolwiek przegięcia w stronę kiczu. Obydwu paniom – Dorocie Choteckiej i Justynie Sieńczyłło – biję brawa na stojąco.
Milena Staszuk i Radosław Pazura pojawiają się dopiero w drugiej części spektaklu i w obydwu przypadkach jest to wejście smoka, albo jak kto woli, metoda Hitchcocka: zaczyna się od trzęsienia ziemi, a później napięcie wzrasta. Ponieważ Staszuk i Pazura dopasowują się poziomem gry do koleżanek, publiczność ma wspaniałą zabawę również po przerwie, tym bardziej, że teraz na scenie oglądamy już cztery osoby w zwariowanych splotach sytuacyjnych, zagęszczających akcję jeszcze bardziej. Staszuk prezentuje się jako multi artystka, bo oprócz bardzo dobrej gry aktorskiej, równie wspaniale gra na skrzypcach i na…pile! Z kolei Pazura, w pewnej chwili doprowadza publiczność - a szczególnie jej damską część - do stanu wrzenia, w czasie którego jej spontaniczne reakcje są spektaklem samym w sobie. Solowa etiuda Pazury wyrywa z foteli wszystkie panie, ale i panowie jej ulegają!
W tym momencie wspomnę o bardzo dobrej warstwie muzycznej spektaklu, której autorem jest Jakub Wójcik (wspaniała robota) i o efektach współpracy choreograficznej Krisa Adamskiego z Radosławem Pazurą (kolejne standing ovation).
Katarzyna Bogaczyk i Sebastian Zawieśnicki zaproponowali bardzo dobre kostiumy, idealnie pasujące do każdej z postaci. A ponieważ Mikołaj Zwierzyński super profesjonalnie wyreżyserował światła, bardzo umiejętnie dozując blackouty, cały spektakl jest tym, który każdy teatroman powinien zapisać sobie w kalendarzyku, jako pozycję obowiązkową do zobaczenia.
Na „Opiekunce na zabój” przeżyłem chwile deja vu, ponieważ zakończenie przypomniało mi trochę spektakle Adama Hanuszkiewicza, który większość swoich przedstawień kończył bardzo efektowym wizualnie i muzycznie finałem. Ja w każdym razie gorąco zachęcam Państwa do obejrzenia „Opiekunki na zabój”, autorstwa Aldony Jankowskiej i Aleksandry Wolf, wyreżyserowanej przez Aldonę Jankowską, w Teatrze Kamienica, bo dzięki akcji i grze zespołu aktorskiego, zabawa jest super przednia.