„Moviestar” Petera Quiltera w reż. Tomasza Sapryka w Teatrze Kwadrat w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.
Teatr Kwadrat im. Edwarda Dziewońskiego w Warszawie w nowy sezon 2026/27 wszedł z przytupem. Najpierw odbyło się uroczyste przecięcie wstęgi we wspaniale odnowionym i częściowo zrekonstruowanym holu teatru, a następnego dnia premiera komedii „Moviestar” autorstwa Petera Quiltera, w reżyserii Tomasza Sapryka.
Dzień przed premierą został udostępniony publiczności odnowiony hol, w którym obecnie na trzech filarach znajdujących się w nim, przyciągają wzrok wspaniale zrekonstruowane i odnowione mozaiki. Pamiętam je z czasów, gdy chodziłem na przeboje filmowe do mającego swoją siedzibę w tym miejscu kina „Bajka”. Ale, albo pamięć już nie ta, albo faktycznie ich barwy nie były wtedy tak „czyste” i świeże jak teraz. Obecnie te dzieła artystyczne autorstwa Zbigniewa Brodowskiego (1927–2017) z ogromną siłą przyciągają i cieszą wzrok oraz są wspaniałą ozdobą odnowionego wejścia do teatru.
Peter Quilter jest znanym i uznanym autorem ogólnoświatowych hitów teatralnych. Jego sztuki zostały przetłumaczone na ponad 30 języków i wystawiane są w ponad 40 krajach. To właśnie on napisał broadwayowską sztukę „End of the Rainbow”, która była podstawą dla nagrodzonego Oscarem filmu „Judy” (2019) z Renée Zellweger w roli głównej. Ogromnym, międzynarodowym sukcesem jest również jego „Quilter, Glorious!”, spektakl grany w ponad 30 krajach, przy widowni liczonej w milionach osób. W Polsce tę historię o Florence Foster Jenkins, najgorszej piosenkarce na świecie, Krystyna Janda zagrała od kwietnia 2007 roku w spektaklu „Boska” 257 razy przy kompletach na widowni.
Akcja „Moviestar” też rozgrywa się w środowisku artystycznym, ale tym razem filmowym. I to w samej jaskini lwa, bo w Hollywood. Podobnie jak „Quilter, Glorious!” (w Polsce „Boska”) jest komedią lekką, łatwą i przyjemną, ale taką z gatunku słodko-gorzkich czy słodko-kwaśnych.
Sztuka rozpisana jest na dwie role męskie i jedną kobiecą. Bez wchodzenia w szczegóły, opisuje przypadkowe spotkanie, a właściwie zderzenie dwóch światów, tego „normalnego” (cokolwiek to znaczy) i tego celebryckiego, przepełnionego blichtrem, przepychem, fałszem i obłudą.
Taka zbitka gwarantuje dobrą komedię, ale równocześnie w przypadku, gdy autor trzyma się realiów i opisuje prawdziwą, a nie zmyśloną rzeczywistość, staje się gorzką pigułką do przełknięcia. Gorzką dla środowiska celebrycko-aktorskiego i dla milionów użytkowników wszelkiego rodzaju mediów społecznościowych, którzy żyją fascynacjami zaczerpniętymi ze świata wirtualnego.
Bo obecnie żyjemy w czasach, w których rozdźwięk między tym, co rzeczywiste, realne, a tym, co jest kreowane i pokazywane w social mediach, staje się coraz bardziej widoczny. Równocześnie koszmarem jest fakt, że jednak ta internetowa fikcja nie jest dostrzegana przez coraz więcej osób i coraz bardziej wpływa na nasze realne życie. Dla tak zwanych młodszych pokoleń prawdziwe życie jest tym, co widzą i znajdują w małym ekraniku telefonu komórkowego, a w przypadku wersji lux – w laptopie. Ta przypadłość dotyka niestety również coraz więcej osób ze starszych roczników. Nie ma Cię w sieci?! Nie istniejesz! Brrr!
„Moviestar” jest rewelacyjnym tekstem (tak właśnie przetłumaczonym na język polski przez Elżbietę Woźniak), wykładającym kawa na ławę starą życiową prawdę, że „nie wszystko złoto, co się świeci”. Rozmowy między Justinem [„zwykły” człowiek], a Tylerem [gwiazdor], są stuprocentowo prawdziwe, a co jest w nich najbardziej fascynujące, to fakt, że właściwie obydwaj cały czas mają rację. Wiem, że brzmi to trochę dziwnie, ale radzę Państwu pójść na „Moviestar” i uważnie przysłuchiwać się werbalnym przepychankom dwóch bohaterów. Jest nad czym zastanowić się! I tylko od Państwa zależy, komu przyznacie rację. Ogromnym ułatwieniem jest to, że te życiowe treści podawane są w bardzo przystępnej i znakomicie przyswajalnej, lekkiej formie.
A to jest już zasługą nie tylko autora [Peter Quilter] i tłumaczki [Elżbieta Woźniak], ale również Tomasza Sapryka [reżyseria i oprawa muzyczna], oraz całej trójki artystów: Grzegorza Daukszewicza [Tyler], Aleksandra Sajewskiego [Justin], oraz oglądanej przeze mnie na premierze Katarzynie Zielińskiej [Ashley], która wciela się w tę postać na zmianę z Katarzyną Glinką.
Cała trójka artystów występujących w przedstawieniu premierowym znakomicie oddaje typy charakterologiczne postaci, w które wcielają się.
Grzegorz Daukszewicz [Tyler] jest prawdziwym, zmanierowanym, hollywoodzkim gwiazdorem, przekonanym o swojej wyjątkowej wielkości i o tym, że ma w życiu inne prawa niż reszta ludzkości. Oczywiście oprócz nielicznej garstki równych mu celebrytów. Słuchając i oglądając Daukszewicza, można uwierzyć, że faktycznie tak powinno być w życiu i że wszystko jest OK i na właściwym miejscu. Ale okazuje się, że nawet pod tą grubą skorupą fikcji i blichtru jest człowiek i to w miarę „normalny”. Daukszewicz znakomicie pokazuje tę dwoistość granej postaci.
Z tego dobrostanu, w którym tkwi Tyler, wybija go drugi bohater sztuki – Justin, czyli Aleksander Sajewski, dla którego ta rola jest debiutem w nowym zespole teatralnym, do którego dołączył w tym sezonie. I może ten debiut zapisać sobie na zdecydowany plus. W ciągu spektaklu jego bohater, w którego wciela się, ulega pod wpływem różnych, niespodziewanych zdarzeń, pewnemu przeobrażeniu, ale Sajewski w obydwu tych wcieleniach jest bardzo przekonujący.
Ashley, grana w oglądanym przeze mnie przedstawieniu przez Katarzynę Zielińską, jest asystentką Tylera. Kobieta niebędąca supergwiazdą w środowisku hollywoodzkich celebrytów nie ma lekko. Zielińska bardzo dobrze wczuwa się w tę postać i bardzo umiejętnie żongluje kolejnymi przybieranymi przez siebie maskami. Po to, aby utrzymać się na powierzchni, czyli nie stracić dobrze płatnej pracy, musi co i raz mówić rzeczy, zachowywać się i postępować na totalnie różne sposoby, bardzo często stojące w jaskrawej sprzeczności z ogólnie przyjętymi zasadami przyzwoitości i etyki. Pełna gama zachowuje: od zimnej … bestii, do ciepłej kobiecości. Bardzo dobra, równorzędna rola z dwoma głównymi bohaterami.
Na odbiór spektaklu ogromny wpływ ma jeszcze jeden artysta. Wojciech Stefaniak zaprojektował cudowną scenografię, która jest właściwie pełnoprawnym bohaterem wieczoru. Nie będę jej opisywał, bo po prostu muszą Państwo ją zobaczyć, a wtedy przyznacie mi rację! Zwróćcie tylko Państwo uwagę na kilka absolutnie niespodziewanych wisienek na torcie wymyślonych przez Stefaniaka.
Autor scenografii ściśle współpracował z Hektorem Weriosem [wizualizacje multimedialne] i ta współpraca dała wspaniałe efekty.
Tę wizualną ucztę dopełniają wspaniałe stroje zaprojektowane przez Anetę Suskiewicz i bardzo dobre oświetlenie wyreżyserowane przez Macieja Iwańczyka.
Teatr Kwadrat miał znakomity pomysł, proponując na inaugurację sezonu 2026/27 komedię „Moviestar”, która dostarcza widzom oprócz dużej porcji humoru i radosnego śmiechu, sporo materiału do przemyślenia w zaciszu domowym, lub w miłym towarzystwie, np. w jakimś przyjemnym lokalu. Gorąco zachęcam Państwa do skorzystania z tej oferty.
A jako warszawiak z dziada pradziada składam dyrekcji Teatru Kwadrat osobiste podziękowania za przywrócenie małego, ale cudownego klejnociku tak zwanej architektury użytkowej, który można od teraz znowu podziwiać, wchodząc do holu teatru (dawnego kina Bajka). Niby mała rzecz, a jak cieszy!
Na koniec wspomnę jeszcze o jednej niespodziance, którą przygotowali twórcy tego spektaklu. Otóż bierze w nim udział jeszcze jeden artysta, Paweł Wawrzecki. Ale w jakiej roli, to już musicie Państwo sprawdzić sami. Na pewno nie będziecie żałować obejrzenia tego spektaklu!