„Matka i dziecko” Jona Fossego w reż. Adama Sajnuka z Teatru WARSawy w CSW Zamku Ujazdowskim w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.
Ależ wyczucie! Wiadomo, że próby do premier teatralnych muszą trwać przez pewien czas. W teatrach dotowanych przez państwo lub samorządy, rekordziści potrafią przeciągać je w czasie poza horyzont – np. Krystian Lupa czy kiedyś Jerzy Grzegorzewski. W teatrach niezależnych i/lub prywatnych jest krócej, bo tu liczy się każdą złotówkę, ale nigdy nie są to działania z dnia na dzień. Jednak korelacja między najnowszą premierą „Matki i dziecka”Jona Fossego w Teatrze WARSawy w reżyserii Adam Sajnuka i tłumaczeniu Haliny Thylwe, a wręczeniem literackiej nagrody Nobla właśnie Fossemu, jest niesamowita!
5 października ogłoszono decyzję Akademii Szwedzkiej, 10 grudnia odbyła się uroczysta gala, na której wręczono pisarzowi nagrodę, a 15 grudnia w Budynku Laboratorium CSW Zamek Ujazdowski miała miejsce premiera „Matki i dziecka”, noblisty AD 2023!
Od razu zaznaczam, że w Warszawie nie jest to pierwsze podejście do tej sztuki napisanej w 1997 r., bo np. w 2012 r.,w Teatrze na Woli, Izabella Cywińska obsadziła w roli Matki Katarzynę Figurę, a Syna zagrał Paweł Domagała. Muzykę do tamtego spektaklu napisał zmarły niedawno Stanisław Radwan.
Tak więc poprzeczka zawisła bardzo wysoko! Ale Adam Sajnuk lubi chyba takie wyzwania, a oprócz tego nie unika tematów trudnych, kontrowersyjnych, czasami wręcz traumatycznych, takich jak ten poruszany w tej sztuce.
Można powiedzieć, że „Matka i dziecko” to klasyczny utwór spod pióra (a może klawiatury) Fossego. Chyba najlepsze będzie kolokwialne określenie „bebechy na wierzchu”. Pomocne i bardziej eleganckie, to wiwisekcja.
Matka i syn. Ona, jako młoda wyjechała w świat chcąc zaspokoić swoje aspiracje. Dobre to i słuszne, tyle tylko, że zostawiła wtedy malutkiego synka u swoich rodziców. Ona była w świecie, on wzrastał na prowincji, bez niej. Po latach on odwiedza ją w wielkim mieście i próbuje porozmawiać o jej dawnej decyzji, za którą kryła się inna, dosyć ponura tajemnica. On chce ją wyjaśnić! To nie jest rozmowa ani łatwa, ani przyjemna. Ani dla niego, ani dla niej.
Ona (Matka) to Kamilla Baar. On (Dziecko/Syn) to Maciej Czerklański.
Nie ukrywam, że zawsze jestem ciekawy występu Kamilli Baar i nigdy nie zawodzę się. Bez względu na to czy oglądam tę aktorkę w repertuarze lżejszym, czy dramatycznym, tak jak tym razem. Rola Matki jest wstrząsająca. Baar do bólu prawdziwie pokazuje emocje targające tą postacią. Od pierwszej do ostatniej sceny, amplituda jej zachowań jest niesamowita. Przez cały czas jest rozedrgana, co chwila popada w stany histeryczne. Od nadekspresyjnych słów o miłości, po ataki furii. Dla nieobeznanego z takimi sytuacjami widza może się wydawać, że są one przerysowane. Tak jednak nie jest! Tak właśnie reagują i zachowują się ludzie w stanach skrajnych emocji, których właściwie już nie kontrolują. Tak samo jak wypowiadanych słów, powtarzanych po wielokroć. Dokładnie właśnie tak. Baar odwzorowuje to w skali jeden do jeden. Ona na scenie jest osobą z zaburzeniami psychicznymi, ze wszystkimi natręctwami, tikami, przyruchami, wybuchami i „zapadaniem się” w siebie, jakie obserwuje się u takich osób. Wielka rola Baar! Nawet nie chcę domyślać się, ile kosztuje ją ta godzina bycia Matką, w tej sztuce.
Jej absolutnym przeciwieństwem jest Syn, czyli Maciej Czerklański, którego widziałem na scenie pierwszy raz. Między tą dwójką jest ogromna różnica doświadczeń aktorskich, ale w tym spektaklu stanowi to wartość dodaną, bo Matka jest kobietą po przejściach, miotającą się w życiu, a Syn jest młody, ale „poukładany”, pokrzywdzony przez los i dopiero wchodzi w życie.
Każdy, kto ma dzieci, szczególnie te dorastające, wie, że z wiekiem coraz trudniej jest utrzymać te nici porozumienia z czasów ich dzieciństwa. A co dopiero, gdy tego dzieciństwa nie było! To znaczy ono było, tylko nie wspólne, bo zamiast mamy byli dziadkowie i tata, który założył drugą rodzinę.
Przy takim temacie sztuki, jak zresztą w całej twórczości Fossego, cały nacisk położony jest na słowo i emocje. Scenografia (świetna!), rekwizyty i kostiumy (Katarzyna Adamczyk) są, ale na tyle, żeby nie zakłócać skoncentrowania się na wypowiadanych kwestiach i ich emocjonalnych efektach.
Matka broni się przez atak. Syn drąży temat najpierw spokojnie, a w miarę upływu czasu, coraz bardziej emocjonalnie. Ale w jego przypadku te emocje są „statyczne”. On nie miota się jak Matka, tylko prawie cały czas jest lodowato spokojny. Na zewnątrz. Bo w środku już nie! I Czerklański - jeszcze student Akademii Teatralnej w Warszawie - pokazuje ten narzucony sobie, statyczny spokój Syna, w sposób równie rewelacyjny, jak Baar dynamiczne niezrównoważenie psychiczne Matki. Widzowie siedzą w bardzo bliskiej odległości od aktorów, więc doskonale widać u Czerklańskiego te drgania mięśni twarzy, regulacje oddechu czy ruchy dłoni.
Nie podejmuję się rozstrzygnięcia, kto z tej dwójki ma trudniejsze zadanie aktorskie: Baar pokazująca totalnie niezrównoważoną, szalejącą, Matkę czy lodowato opanowany Czerklański jako Syn, starający się uzyskać odpowiedź na pytanie, które wyprowadziłoby z równowagi większość ludzi.
Kamilla Baar jest aktorką potrafiącą zagrać wszystko i w tej sztuce to pokazuje. Oczywiście nie jest to cała paleta jej możliwości, bo radosnego humoru czy w ogóle wesołości tu brak, ale innych stanów emocjonalnych jest pod dostatkiem.
Maciej Czerklański, w jednym z pierwszych swoich spektakli na zawodowej scenie, zmierzył się z bardzo trudnym zadaniem i z dużą przyjemnością (chociaż temat sztuki jest bardzo nie przyjemny) obserwowałem, jak wychodzi zwycięsko z kolejnych pułapek emocjonalnych zastawionych przez noblistę. Dla młodego aktora takie doświadczenie to bezcenny kapitał gromadzony na progu scenicznej przygody. Tym bardziej, że na horyzoncie pojawia się już farsa „Czego nie widać” Michaela Frayna w Teatrze Komedia z jego udziałem, czyli rzecz o 180 stopni różna.
Po raz kolejny słowa uznania należą się Adamowi Sajnukowi, nie tylko za znakomite poprowadzenie aktorów, ale również, właśnie w przypadku prawie debiutującego Czerklańskiego, za umożliwienie mu uczestnictwa w takim wydarzeniu artystycznym.
Twórcą muzyki do spektaklu jest Michał Lamża, który jak wspomniałem na początku, musiał zmierzyć się z legendą Stanisława Radwana. Widziałem już wiele znakomitych spektakli, w których muzyka skomponowana przez Lamżę była ich wspaniałym dopełnieniem. Tym razem też tak jest. Gratulacje!
Jak już wspomniałem, scenografia jest pomysłowa i funkcjonalna, ale równocześnie bardzo surowa, tym większa jest rola świateł (Dariusz Adamski). A efekt zorzy polarnej jest znakomity!
W kuluarach, po zakończeniu spektaklu, słyszało się ściszone rozmowy, z których wynikało, że większość widzów, bądź sama doświadczyła tego, co przed chwilą oglądała, bądź ma w swoim najbliższym otoczeniu osoby, które to przeżyły lub przeżywają obecnie.
Ten spektakl nie pozostawia widza obojętnym, nie tylko dzięki znakomitej grze Baar i Czerklańskiego, ale również przez temat sztuki, napisanej – przypominam – przez tegorocznego (2023 r.) noblistę z dziedziny literatury, Jona Fossego, już wiele lat temu, w zupełnie innych warunkach kulturowych. Pokazuje to jak uniwersalny jest temat poruszony w „Matce i dziecku”.
Jon Fosse, w czasie swojego przemówienia w Królewskiej Akademii Szwedzkiej w Sztokholmie, powiedział: „W pewnym sensie zawsze wiedziałem, że pisanie może uratować życie, być może nawet uratowało moje własne życie. A jeśli moje pisanie może również pomóc w ratowaniu życia innych, nic nie uczyniłoby mnie szczęśliwszym".
Ten autor nie pisał i nie pisze łatwych i wesołych powieści i sztuk. „Matka i dziecko” też nie jest łatwa i wesoła, ale zobaczyć ją trzeba koniecznie!