Logo
Recenzje

Okiem Obserwatora: Co po Grace?

24.03.2026, 13:40 Wersja do druku

„Co po Grace?” Carey Crim w reż. Krzysztofa Dracza w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.

fot. Katarzyna Kural-Sadowska

W 2026 roku mam szczęście do znakomitych spektakli. Właściwie wszystkie oglądane przeze mnie premiery, można zaklasyfikować jako wydarzenia artystyczne z najwyższej półki. A ostatnio bardzo ciekawa sytuacja wydarzyła się w prestiżowych, warszawskich teatrach: Współczesnym i Polonii. W odstępie trzech tygodni odbyły się w nich premiery dwóch sztuk tej samej autorki, która nie jest zbyt znana w Polsce (Carey Crim), przełożone na język polski przez tę samą tłumaczkę (Bogusławę Plisz-Góral). W Teatrze Współczesnym była to „23 i pół godziny”, a w Teatrze Polonia „Co po Grace?”. Te polskie prapremiery, które możemy oglądać dzięki amerykańsko-polskiemu duetowi (czyli Carey Crim i Bogusławie Plisz-Góral) są znakomite! Bardzo mądre i życiowe teksty amerykańskiej autorki zostały rewelacyjnie przetransponowane na język polski przez tłumaczkę. Dzięki temu również twórcy i artyści występujący na scenie Teatru Polonia dostali wspaniały materiał do pracy. Z całą mocą mogę podkreślić, że skorzystali z tego daru w stu procentach. 

Bo „Co po Grace?” jest spektaklem skończonym i doskonałym pod każdym względem.

Pod płaszczykiem w miarę prozaicznej fabuły ukryte są zdarzenia i prawdy życiowe, z którymi mierzy się spora część osób mających szczęście lub nieszczęście dożycia wieku senioralnego. A żyjemy w czasach, w których problemem większości społeczeństw jest fakt ich coraz wyraźniejszego starzenia się. A równocześnie ci emeryci różnią się diametralnie od swoich rówieśników sprzed kilku dekad, nie mówiąc już o jeszcze wcześniejszych czasach. Obecnie ludzie w wieku 60+ czy 70+ są z reguły w pełni aktywni fizycznie i intelektualnie. Ale za tymi zmianami nie nadąża ogólna świadomość i stare stereotypy trzymają się bardzo mocno. Nadal pokutuje przekonanie, że w tym wieku to tylko ciepłe bambosze, szczelne otulenie kocykiem i herbatka ziołowa. Jakakolwiek aktywność intelektualna, a już nie daj Boże fizyczna, przyjmowana jest jako odstępstwo od odwiecznych praw natury i kwitowana co najmniej zdziwieniem.

W „Co po Grace?” pokazanych jest kilka takich stereotypów i nie dotyczą one tylko wieku bohaterów. Nie będę ich opisywał, żeby nie psuć Państwu wspaniałej zabawy w czasie oglądania spektaklu. Bo akcja jest dynamiczna, a sytuacje co i raz zaskakują widzów. Jest to, jak wspomniałem na początku, zasługą znakomitego tekstu autorki i tłumaczki! 

Tematy i wątki z życia oglądanych bohaterów są ważne, a czasami wręcz fundamentalne dla wszystkich ludzi. Jasno trzeba powiedzieć, że są one obecne w bardzo wielu utworach literackich, filmowych czy teatralnych. Więc treść chociaż bywa zaskakująca, nie jest jakaś super nowatorska. Ale forma! To pole do popisu dla reżysera, scenografa, speców od oświetlenia, od ilustracji muzycznej, no i tych najważniejszych – zespołu aktorskiego. 

W „Co po Grace?” wszystko jest perfekcyjne. 

Na scenie oglądamy trójkę artystów: Hannę Śleszyńską (Abigail), Krzysztofa Dracza (Angus) i Andrzeja Zielińskiego (Ollie). 

Krzysztof Dracz pełni w tym spektaklu podwójną rolę, ponieważ jest również jego reżyserem. To jest ekstremalnie trudne zadanie reżyserować spektakl, w którym gra się jedną z głównych ról! Dracz w obydwu rolach wypada znakomicie. Spektakl jest poprowadzony po mistrzowsku, a Agnus grany przez niego jest (to cytat zasłyszany w kuluarach) „do zjedzenia”. No! Może tak daleko bym się nie posunął, ale uważam, że gra Dracza-aktora, dorównuje mistrzostwu Dracza-reżysera. Prywatnie uwielbiam takich ludzi jak Agnus. Niby cynik, nie stroniący od drwiących czy wręcz złośliwych komentarzy, ale otwarty umysł, słuchający drugiego człowieka. Z jednej strony potrafiący twardo bronić swoich racji, ale z drugiej, pomimo wewnętrznych oporów, potrafiący nie tylko zrozumieć interlokutora, ale również przyznać się do błędu i przeprosić. No i ten wszechobecny w nim żart i drwina! „Co po Grace?” to masterclass w wykonaniu Krzysztofa Dracza i jako reżysera i jako aktora!

Równorzędną partnerką Dracza jest Hanna Śleszyńska. Jej Abigail to aktorstwo najwyższej próby. A rola wcale nie jest łatwa, bo Śleszyńska gra postać kobiecą równie skomplikowaną pod względem emocjonalnym, co role męskie w tym spektaklu. Ich jest dwóch, a ona jedna nie tylko zmaga się ze swoimi problemami, ale jest dobrym duchem dwóch facetów. Śleszyńska rewelacyjnie pokazuje jak można i powinno się przełamywać stereotypy głęboko zakorzenione w świadomości społecznej. A są one najdelikatniejszej natury i bardzo często odstępstwo od nich traktowane jest z najświętszym oburzeniem, a co najmniej ze zdziwieniem i niesmakiem. Nie mogę Państwu zdradzić o co tu chodzi, ale jestem prawie pewien, że gdy pójdziecie na „Co po Grace?” przyznacie mi Państwo rację. Śleszyńska w roli Abigail jest w stu procentach prawdziwa i wiarygodna, a jest to możliwe tylko i wyłącznie dzięki jej wspaniałemu aktorstwu! Od początku do końca wierzy się jej każdemu słowu i sekunduje jej postępowaniu. To druga wspaniała rola w tym spektaklu.

Andrzej Zieliński, jako Ollie, jest równorzędnym partnerem wspomnianej dwójki zarówno pod względem znaczenia w fabule, jak i pod względem kunsztu gry aktorskiej. A postać, w którą się wciela, chociaż bardzo często obecna zarówno w życiu realnym, jak i we wszystkich rodzajach sztuk, jest bardzo trudna do zagrania. Bardzo często jest ona przerysowana, wręcz karykaturalna. Cały wątek związany z Olliem to kolejny niesamowicie silnie zakorzeniony w świadomości większości ludzi stereotyp. Kolejny, z którym rozprawiają się bohaterowie „Co po Grace?”. Zieliński, podobnie jak Dracz i Śleszyńska daje popis aktorstwa najwyższe próby. 

Cała trójka artystów podchodzi do postaci granych przez siebie z lekkim dystansem, ale z widoczną w każdym słowie, w intonacji i geście – nie boję się użyć tego określenia – czułością. Według mnie oni po prostu lubią, rozumieją i czują postacie, w które wcielają się. Rewelacyjne trzy role!

W czasie spektaklu zaobserwowałem u siebie sobie dziwne zjawisko. Razem z całą publicznością, co i raz wybuchałem śmiechem i to takim serdecznym, z głębi przepony. A więc komedia!? I tu mam problem, bo cała fabuła, akcja, wątki które obserwujemy i o których słyszymy wcale nie są takie radosne. A jednak śmiech! To jest możliwe, tak jak starałem się Państwu to przekazać, dzięki idealnej korelacji kilku znakomitych w tym spektaklu elementów, takich jak: tekst prymarny, tłumaczenie na język polski, reżyseria i gra aktorska.

A kolejnym elementem, który ma niewątpliwy wpływ na tak dobry efekt końcowy jest fakt, że scenografia, kostiumy i reżyseria światła są wynikiem pracy jednej osoby, czyli Michała Dracza. I nie muszę chyba dodawać, że jest to praca wykonana perfekcyjnie, będąca zdecydowanie wartością dodaną w tej inscenizacji.

Oprócz rozprawienia się z głęboko zakorzenionymi w świadomości społecznej stereotypami, „Co po Grace?” zawiera według mnie jeszcze bardzo ważne przesłanie, które najtrafniej oddaje stare porzekadło: „każdy ma swojego mola, co go gryzie”, chociaż ja wolę tę prawdę w wersji, którą można było kiedyś usłyszeć na warszawskich ulicach i podwórkach: „każdy ma mola, który go ćmola!”. I jest to fundamentalna prawda życiowa, o której nie powinno się nigdy zapominać, a zawsze mieć ją na uwadze w kontaktach z innymi ludźmi.

Proszę Państwa, „Co po Grace?” to pozycja obowiązkowa nie tylko dla wszystkich miłośników teatru, ale według mnie powinien ją zobaczyć każdy! Wiem, że jest to fizycznie niemożliwe, ale jak to jest w dowcipie o alkoholu i dziewczynach – „należy dążyć do tego!”. Ta sztuka uświadamia bardzo wielu osobom, że tak zwani „silwersi”, czyli ci z głowami przyprószonymi już siwizną (jeżeli w ogóle mają jeszcze włosy!) są jeszcze pełnoprawnymi uczestnikami życia, ze wszystkimi jego plusami i minusami. Mają takie same potrzeby, odczucia, emocje i marzenia jak posiadacza dużo młodszych PESEL-i. A robi to w sposób niesamowicie przyjazny dla seniorów, z uśmiechem, wręcz czułością. W każdym razie ja tak odebrałem „Co po Grace? Carey Crim, przetłumaczoną przez Bogusławę Plisz-Góral, a wyreżyserowaną przez Krzysztofa Dracza, którą obejrzałem w znakomitym wykonaniu Hanny Śleszyńskiej, Krzysztofa Dracza i Andrzeja Zielińskiego w spektaklu premierowym w Teatrze Polonia.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także