"To idzie młodość" reż. Macieja Englerta w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Ocenia Gentleman.
Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów, który odbył się w 1955 roku, stał się inspiracją do scenariusza spektaklu muzycznego w Teatrze Współczesnym "To idzie młodość". Festiwal, który wymknął się spod kontroli władz, stał się symbolicznym momentem końca epoki stalinizmu. Rewelacyjni wokalnie młodzi aktorzy (wielkie zaskoczenie - Maciej Zakościelny umie śpiewać!) nie uratowali przedstawienia. Winą za tę ocenę obarczam po części mój wiek - nie doświadczyłam nie tylko odwilży roku 1955, w którym osadzona jest akcja sztuki, ale nawet lat osiemdziesiątych, ostatnich podrygów komunizmu. Jednak nie tylko tu należy szukać przyczyny. Autor scenariusza Krzysztof Zaleski chciał jednocześnie przypomnieć przeboje lat pięćdziesiątych (kontrast socjalistycznych pieśni masowych i ówczesnych światowych standardów jak "Summertime" jest zbyt oczywisty, by śmieszyć) i poruszyć problem ideologii i władzy. Wyszło dość niespójne i nudnawe widowisko