- Dostałam propozycję udziału w tym przedsięwzięciu w Teatrze Na Woli od dyrektora Bogdana Augustyniaka. Cóż, trzeba się było trochę na ten czas przeorganizować życiowo - mówi BEATA RYBOTYCKA występująca od dziś w musicalu "Grają naszą piosenkę" .
Czuje się pani bardziej aktorką czy piosenkarką? Beata Rybotycka: Aktorką. Jeśli śpiewam, to też jak aktorka, a nie kształcona wokalistka. Mam duży szacunek dla ludzi, którzy potrafią to robić perfekcyjnie. Jednak reżyserzy, nawet Steven Spielberg w "Liście Schindlera", najczęściej widzą panią w roli piosenkarki. Dlaczego? - Podejrzewam w tym udział przypadku. Będąc studentką krakowskiej PWST nigdy nie miałam czasu, by pójść do Piwnicy pod Baranami. Dopiero po studiach Piotr Skrzynecki zaczął mnie kiedyś na Rynku Głównym namawiać, żebym przyszła zaśpiewać, bo... pochorowały mu się wszystkie kobiety. Skrzyknęliśmy się z pianistą Rafałem Jędrzejczykiem, kolegą ze Starego Teatru. Zeszliśmy do Piwnicy, by już z niej nie wyjść. Tam właśnie zobaczył mnie Steven Spielberg. Czy tam też Jan Kanty Pawluśkiewicz upatrzył panią jako solistkę w swoim oratorium "Nieszpory Ludźmierskie"? - Tak. Wystąpiłam obok Hanny Banaszak, Elżbiety