Nie wiem, czy zastanawiano się już nad zjawiskiem, które by można nazwać przyciąganiem pisarzy przez teatr. Na czym polega paradoksalność sytuacji? Mówi się, aż do znudzenia, o kryzysie dramaturgii we wszystkich niemal krajach, o braku wybitnych autorów. A jednak raz po raz pisarz, który zdobył już sobie poważną pozycję w innej dziedzinie, odkrywa potrzebę wypowiadania się poprzez teatr, używania tych środków ekspresji, które tylko nasz biedny, tyle już razy w dziejach na agonię skazywany, gatunek sztuki, dać może - i daje.
Montherlant jest ciekawym przykładem tego zjawiska. Po dwudziestu pięciu latach głośnej kariery prozatorskiej i poetyckiej (był m.in. autorem jednego z pierwszych zbiorów wierszy sportowych), mając 46 lat, nagle znalazł dostęp do teatru. Podobno odegrał tu pewną rolę przypadek. Jeden z dyrektorów zaproponował temat, odpowiadający własnym rozmyślaniom Montherlanta. W ten sposób powstała "La Reine Morte", następne dwa lata przyniosły "Malateste"; dalsze "Mistrza Zakonu Santiago", "Port Royal"; wreszcie, najgłębszy i najciekawszy moim zdaniem (obok "Port Royal"), choć przez krytykę niedoceniony utwór Montherlanta: "Kardynał Hiszpanii". I stało się, że dzięki swej pracy dramatopisarskiej, dzięki owemu nagłemu przerzuceniu się w zupełnie nowa dziedzinę, Montherlant zabłysnął jako gwiazda pierwszej wielkości. Zapuszczona sieć wyłowiła zdobycz dużej wartości. Tylko że wraz ze sobą przyniósł Montherlant cały swój określony sposób patrzenia