16.05.2011 Wersja do druku

O, Holender!

- Teatr otwiera w nas różne pokłady wrażliwości czy zmysłów, pozwalając nam przeżyć rzeczy, których nie potrafimy rozwiązać zwykłą analizą, rozumem. O teatrze zawsze mówiło się, że przynosi katharsis. Zmaganie się z takimi tematami służy osiągnięciu owego katharsis. One nas bolą, dotykają, i o to właśnie chodzi - mówi aktor i reżyser REDBAD KLIJNSTRA.

Z REDBADEM KLIJNSTRĄ o teatrze, "Supermarkecie", Dniu Królowej, Holandii i nie tylko rozmawia Jolanta Ciosek: Czy Pan wie, jaką ksywką określili Pana aktorzy Teatru im. J. Słowackiego, z którymi jesienią zrealizował Pan "Makbeta"? - Nie wiem. Moment, chyba Redbul. Podoba się Panu? - Podobno "Redbul" dodaje skrzydeł... Redbad to imię króla Fryzji, ważnego w dziejach tej północnoholenderskiej krainy, z której pochodzi mój ojciec. Znaczy to samo, co słowiański Radzisław. To, że rozumie Pan słowo "ksywką", świadczy o Pańskiej dobrej znajomości polszczyzny. - Dziękuję. To, że mówię po polsku, paradoksalnie zawdzięczam ojcu - Hoendrowi, nie mamie. Dla niej, tancerki, najważniejszy był język ciała. Ojciec, który sam perfekcyjnie opanował polski, chciał, żebym był dwujęzyczny. Mówił: "Zawsze w ostateczności będziesz mógł żyć z przekładów". I rzeczywiście, studiując w warszawskiej Akademii Teatralnej dorabiałem, tłumacząc podręc

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

O, Holender!

Źródło:

Materiał nadesłany

Dziennik Polski nr 110/13.05

Autor:

Jolanta Ciosek

Data:

16.05.2011