„Alicja w Krainie Cyberczarów” wg scen. i w reż. Michała Walczaka w Teatrze Baj w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Najnowsza premiera Teatru Baj to reprezentacja klasyki. Mówiąc ściślej klasycznego Michała Walczaka. Reżyser przyzwyczaił nas w skierowanych do nieco starszej widowni spektaklach Teatru Rampa czy wcześniej Teatru Żydowskiego do antagonizowania bohaterów dzieląc ich na złoli pod wodzą szwarccharakteru i tych drugich, zasadniczo pozytywnych. Innymi znakami szczególnymi przedstawień Michała Walczaka jest spora ilość śpiewanego tekstu oraz trzymanie ręki na pulsie współczesności z dokładnością atomowego zegara. Tym razem w napisaniu ogólnego zarysu scenariusza wyręczył reżysera Charles Lutwidge Dodgson, znany szerzej jako Lewis Carroll, który w 1865 roku opublikował powieść „Alicja w Krainie Czarów”. Podział na dobrych i złych właściwie już ustalono, pozostały więc tylko niewielkie przeróbki, dodanie kilku piosenek i… czy kot z Cheshire nie przypomina przypadkiem Labubu? I tak niesiona na fali nieskrępowanej walczakowskiej wyobraźni wspieranej otaczającą nas rzeczywistością powstała w Teatrze Baj na wskroś nowoczesna muzyczna baśń „Alicja w Krainie Cyberczarów”, w której gadająca królicza nora prowadzi w odmęty internetowej rozrywki, a nieodległa Galeria Wileńska kusi migotliwymi świątecznymi witrynami.
Dzieciaki wita na scenie Bajery Mol, w osobie uroczej Elżbiety Biedy, nieco namolny mól książkowy, który w oparach kurzu szybko łapie kontakt z widownią przepytując na okoliczność ostatnio czytanych lektur i ogrywanych gier. Po której stronie barykady stoi, nietrudno się domyślić. Wraz z Białym Królikiem czekają przy norze na Alicję, lecz ta się nie pojawia – królicza nora została zhakowana przez Marcina Marcinowicza, to jest Scrolla, mola komputerowego i miast do Krainy Czarów prowadzi teraz do Cyberlandii, krainy za siedmioma ekranami. Jedyną osobą mogącą przywrócić porządek rzeczy jest dziewięcioletnia Alicja, z wdziękiem i naturalnością oddana przez Adrianę Paprocką, która wychowywana przez rodziców-nauczycieli jako ostatnia w klasie nie ma telefonu. Dotychczas jej to nie przeszkadzało, zaczytywała się w książkach przynoszonych hurtowo przez swego oldskulowego tatę, Nikodema, z ciepłem i poczciwą dobrodusznością odgrywanego przez Roberta Płuszkę. Rówieśnicza presja robi jednak swoje, a dziewczynka zaczyna marzyć o najnowszym modelu cyberfona. Powszechnej modzie i społecznym naciskom zdaje się ulegać także jej mama, czyli przebojowa Małgorzata Suzuki, która łamiąc opór męża postanawia wręczyć córce pod choinkę jej pierwszy mega wypasiony cyberfon – bramę do Krainy Cyberczarów wypełnionej lajkami, realsami i niekończącą się wirtualną zabawą. Przecież chce dla swego dziecka wszystkiego, co najlepsze. A gdzie wspomniany szwarccharakter? Za planem oderwania najmłodszych od książek i stałego przyklejenia ich do ekranów stoi nie tak znowu okrutna Królowa Gier, Halucyna Dżipityńska, czyli pławiąca się w algorytmach i luksusach zamku Minecraft Aneta Płuszka. Jej to intrygi wciągną na drugą stronę ekranu i rozszczepią Alicję, której na ratunek ruszą najbliżsi. Jak kończy się ta historia? Michał Walczak ma dla nas jeszcze trochę niespodzianek.
O sukcesie spektaklu dla dzieci świadczy dla mnie zawsze reakcja publiczności. Dlatego unikam gromadzących w dużej mierze dorosłą publikę premier, by móc po jakimś czasie przycupnąć z boku i obserwować reakcje dzieciaków na porannym przedstawieniu. „Alicja w Krainie Cyberczarów” od pierwszych chwil nie pozostawia ich obojętnymi. Sala dzieli się na obrońców czytelnictwa i zwolenników gier, którzy rozemocjonowani dają wyraz swym sympatiom przekrzykując się niemal jak na Wiejskiej. Dzieciaki przybijają piątki z molami, klaszczą w rytm i poza rytmem piosenek, dopingują i przeżywają całymi sobą przygody bohaterów. Bo patrzą też trochę sami na siebie. Michał Walczak przenosząc opowieść Lewisa do cyberprzestrzeni mówi o tym, o czym ględzą młodym w szkole czy w domu. „Odłóż telefon!”, „Ile można grać?”, „Poczytałbyś lepiej” pada z jednej strony. „Jeszcze tylko 5 minut”, „A tata przegląda telefon przy obiedzie”, „Kiedy Ty coś czytałaś, mamo?” słychać w odpowiedzi. Współczesne wychowanie młodego człowieka to ciągła rodzicielska walka z wirtualnymi wiatrakami, przed którymi chcemy ochronić swe dzieci dawno będąc w szponach cyfrowego nałogu. Spektakl w Teatrze Baj kieruje swe słowa nie tylko do dzieci, ale i do dorosłych, którzy ulegają fascynacji technologiami, kreują rzeczywistość w mediach społecznościowych zakochani w filtrach i blichtrze insta-sławy, zatracają się w wirtualnym świecie zapominając o tym prawdziwym, a czasem o swoich dzieciach. Jednocześnie twórcy stają w obronie literatury i siły jej oddziaływania na ludzką wyobraźnię, która do kreacji fantastycznych opowieści nie potrzebuje cyberwodotrysków.
Teatralna scena także ich unika. Stonowana, częściowo modułowa scenografia Agaty Stanuli operuje czytelnymi skojarzeniami przenosząc nas z miejsca na miejsce samą grą świateł czy dźwiękiem. Projekty kostiumów sięgają do zrozumiałych skojarzeń bawiąc się przy okazji swobodą teatru dla dzieci, z jednym ale – finałowa kreacja mamy Izabeli mimo zachwytów otoczenia wypada jednak blado przy Królowej Gier. Uwagę zwracają niezwykle udane projekty lalek, którym reżyser nadał mrugające okiem imiona – obok Królika Wondera, znajdziemy cyberkota Klikiera, Gąsieciownicę, przerażająco uśmiechniętego Łubu-Dubu, czy urokliwą filiżankę Kłapuccino. Zrytmizowana muzyka Andrzeja Izdebskiego przywodzi na myśl lata 80., jakby skoczne rytmy Papa Dance łączyły się z dźwiękami automatów do gier Arcade. Szkoda, że w dwóch utworach aktorom nie pomogły przebić się przez muzykę nawet mikroporty, ale technikalia zawsze można poprawić. Silnie nacechowana emocjami postaci choreografia Alisy Makarenko doskonale wpisała się w całokształt spektaklu, choć w niektórych muzycznych fragmentach zdawała się niepotrzebnie zapętlać w układach odzwierciedlając niezbyt skomplikowaną strukturę piosenek. Całość tworzy jednak zwartą i przemyślaną kompozycję, a poszczególne elementy wspierają się wzajemnie na scenie pozostając wierne przyjętej estetyce.
Czy czar lektur faktycznie przeminął? A może to zwyczajnie znak czasów, że dzieci wolą dziś towarzystwo ekranowych cyberbohaterów? „Alicja w Krainie Cyberczarów” sięgając do klasyki literatury mówi o cyfrowych pułapkach współczesnego dzieciństwa, ciągłej potrzebie rówieśniczej akceptacji i społecznej presji posiadania nakładanej na młodych oraz o rodzicielstwie, które stoi w rozkroku pomiędzy wychowawczym rozsądkiem a chęcią uszczęśliwiania swych latorośli bez względu na konsekwencje. Michał Walczak z wyczuciem i bez nadmiernego demonizowania pokazuje zagrożenia płynące z zatopienia się w wirtualne światy, z których ciężko jest wrócić do pozbawionej dopaminy codzienności. Pusta rozrywka czy bezproduktywne scrollowanie stają się pozorną ucieczką od problemów i ględzących dorosłych prowadząc do realnej samotności i wyobcowania. Lekarstwem jest podniesienie wzroku znad ekranu i oddanie pola wyobraźni. Bo „nie wszystko ma wartość, co mruga i świeci”. „Kraina Czarów istnieje wokoło”. Wystarczy ją dostrzec. Najlepiej wspólnie z dzieckiem.