09.09.2019 Wersja do druku

Nie takie "Love story", bo z Gitą w tytule i happy endem

- Kiedy pisałem tę sztukę osadzoną na przełomie lat 50/60 XX wieku, to ten konkretny okres był jakby punktem wyjścia, był kluczowy dla całej historii, bo pokazuje cały wachlarz norm, zasad, kanonów, dogmatów, obyczajów, jakie wówczas na Śląsku panowały. I moje obserwacje właśnie są tu najważniejsze - rozmowa ze Zbigniewem Stryjem, autorem i reżyserem spektaklu "Gita story", którego premiera odbędzie się w Rudzie Śląskiej oraz dyrektorem artystycznym Teatru Nowego w Zabrzu.

"Gita story" - tytuł zapożyczony z języka angielskiego w śląskiej sztuce? Dosyć dziwne... Oryginalne - będzie brzmiało lepiej. - Co, nie podoba Ci się ten tytuł? Co w nim jest nie tak? Mnie się podoba! No dobrze, to inaczej. Skąd to angielskie "story" przypałętało się do Gity, pięknego, cudownego śląskiego imienia? - Wiesz dlaczego, zdecydowałem się na to połączenie? To jest taki żart! Celowo wykonany zabieg. Zainspirowany kultowym, wzruszającym filmem "Love story". Pamiętam z dzieciństwa i wczesnych lat młodości, Ty na pewno też, że kiedy "Love story" pojawiało się w telewizji, to o tym mówiło się z tydzień przed. Wszystkie moje ciotki, babcie, sąsiadki czekały na emisję. I potem jeszcze długo, długo po tej emisji rozmawiały, przeżywały. I to "Love story" z tym jeszcze takim śląskim pochyleniem w wymowie i cała otoczka tak mi zapadły w pamięć, że postanowiłem to teraz wykorzystać. Film był piękny... Ale to zachowanie ty

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

Nie takie "Love story", bo z Gitą w tytule i happy endem

Źródło:

Materiał nadesłany

Goniec Górnośląski nr 9/5.09

Autor:

Hanna Grabowska-Macioszek

Data:

09.09.2019