OD LAT nasze sceny lubują się w różnych wariacjach na temat greckiego antyku. Giraudoux, Swinarski, Morstin, Figueiredo zasilają nasz repertuar. Ale cóż to wszystko jest warte, jeżeli nie sięga się jednocześnie do autentyków? To tak jakbyśmy chcieli zachować spiralę powoju, usunąwszy pień, po którym się wspina. Ajschylos, Sofokles, Eurypides czekają dziś na miejsce w naszych repertuarach, jak do niedawna światowa twórczość współczesna i nasz romantyzm. Głuche wieści o rzadkich i nie wiadomo czy udanych próbach na tym polu dokonywanych na prowincji nie zwalniają stolicy z obowiązku przedstawienia czasem widzom tego abecadła artystycznego, od którego przed 25 wiekami w Grecji zaczęła się nasza sztuka, przynajmniej teatralna. Żyjący na przełomie V i IV wieku przed naszą erą w czasach Peryklesa i po nim, w epoce bratobójczych wojen peloponeskich Aten ze Spartą, zaciekły rzecznik Pokoju między państwami greckimi ARYSTOFANES do
Tytuł oryginalny
Nareszcie Arystofanes
Źródło:
Materiał nadesłany
Kurier Polski nr 243