13.11.2017 Wersja do druku

Namiot na Zbawiksie, czyli "Hajduki" Andrzeja Błażewicza

Zwracam uwagę na dramat nie zwycięski, a honorowo wyróżniony w finale, ponieważ to właśnie tekst Błażewicza - tekst o szukaniu swojego miejsca i nie odnajdywaniu się w świecie "dwóch Polsk" - mnie wkurzył. Co jest pewnym osiągnięciem, zważywszy że spora część bieżącej polskiej produkcji dramatycznej wywołać może wzruszenie ramion bądź przeciągłe ziewnięcie. A wkurzać miałem się czym, choć jako socjalista również się w świecie "dwóch Polsk" niezbyt odnajduję - pisze Witold Mrozek.

Ostatnia scena jest taka. Plac Zbawiciela, 11 listopada. Idą na siebie dwie manifestacje. A pośrodku, tam gdzie kiedyś była tęcza - stoi namiot naszego bohatera, dwudziestoletniego Andrzeja. Z wystawionym w obie strony napisem "Nienawidzę was!". Andrzej zaczął studia w Krakowie, jego dziewczyna została w Świdnicy i boi się, czy Andrzej się jej nie wstydzi przed nowymi znajomymi. Przed listopadową kulminacją są rodzinne święta i chodzenie na piwo z kolegami. Tych ostatnich Andrzej przekonuje, że mężczyzna w odzieży patriotycznej może chodzić na wystawę Rodin/Dunikowski. Są nieco sztampowo pokazani artystowscy znajomi z krakowskich knajp - Bomby i Bunkra, są też znajomi spod znaku "red is bad". Przede wszystkim - jest rodzina - w tytułowej wiosce na wschodzie Polski - familijnym gnieździe i w Świdnicy. Z rodziną może nie prowadzi się płomiennych debat, ba - w powtarzalnych rytuałach rodzinnego życia pokazany jest tu pewien idiotyzm - ale w tej wizji z

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Źródło:

Materiał własny

Materiał własny

Autor:

Witold Mrozek

Data:

13.11.2017

Tematy w toku