"Śmierć porucznika" jest na pozór kolejnym dowodem, iż dramaturgia Mrożka przegrywa w starciu z czasem. Nie z czasem pojmowanym jako symbol przemijalności sądów, lecz z prozaicznym chronometrem, który nieubłaganie wybija minuty pomiędzy ostatnią pointą a kurtyną. Dowodem kolejnym, boć już "Policjanci" byli genialnym skeczem rozwleczonym na pełnospektaklową rewię groteskowych sytuacji. W "Śmierci porucznika" pointę od finału dzieli jeszcze kwadrans epilogu. Przez ten kwadrans dzieją się rzeczy dziwne, ciekawe i wielce znamienne. Rozprawa z mitologią romantyzmu, która w części pierwszej miała kształt idealnego niemal sylogizmu, sprowadzona zostaje na manowce drwiny z frustracji i kompleksów współczesności; porucznik Orson, którego wieszcz Adam przedwcześnie uśmiercił na redutach Woli, a który w Mrożkowym sylogizmie pełnił do tej pory rolę głównej przesłanki, staje się nagle postacią z innego wymiaru: zyskuje siwą brodę, człowieczeństwo
Tytuł oryginalny
Mrożek mitoburca!
Źródło:
Materiał nadesłany
"Kultura" nr 28-29