Jeśli ktoś się porządnie z sobą samym nakłopotał, a po przebudzeniu widzi długi dzień nie do przebycia, będzie go czytał inaczej - o "Dzienniku 1962-1969" Sławomira Mrożka, nominowanym do literackiej nagrody Nike pisze Adam Poprawa w Gazecie Wyborczej.
Ależ to jest książka! Wielość wrażeń czytelniczych wywołanych pierwszym tomem "Dziennika" Mrożka można pogrupować według trzech głównych wątków. Po pierwsze zatem, mamy do czynienia z dziennikiem intymnym - bardzo intymnym! - którego autor opowiada o swoich zmaganiach z sobą. Sprawa druga to dziennik intelektualny, czyli uwagi o lekturach, komentarze do aktualnych wydarzeń, refleksje pisarza. Jest wreszcie "Dziennik" - to byłby punkt trzeci - kolejnym dziełem literackim Mrożka, które można lepiej poznać i opisać za pomocą zróżnicowanych metod interpretacji. Taki trójpodział, rzecz jasna, pozostaje zaledwie schematem wstępnym, do uporządkowania przemyśleń. Każde "ja" nie do wytrzymania Witkacy, tłumacząc pewną nader zawiłą kwestię, dorzucił taką mniej więcej dydaktyczną pomoc: kto ma chociaż lekkiego schyzia, ten zaraz zrozumie, o co chodzi. Widziałbym pewną analogię do "Dziennika". Jeśli się zatem ktoś porządnie z sobą samym