EN
14.03.2022, 10:51 Wersja do druku

Mit zamordowanego prezydenta

„NARUTOWICZ powiedział: kula, która mnie trafi, niech będzie mądra” pilgrima/majewskiego w reż. Pawła Świątka w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu. Pisze Hubert Michalak w portalu Teatrologia.info.

fot. Tobiasz Papuczys/mat. teatru

Hasło towarzyszące sezonowi 2021/22 w wałbrzyskim Teatrze Dramatycznym brzmi: Nieszczęśliwy kraj, który potrzebuje bohaterów. Dwie premiery z pierwszej części sezonu, TERAZ KAŻDY Z WAS JEST RZECZPOSPOLITĄ / z trzema wykrzyknikami na kanwie Diabła Andrzeja Żuławskiego w reżyserii Macieja Podstawnego (premiera 8 października 2021) i Wesele dramat w trzech aktach Stanisława Wyspiańskiego w inscenizacji Wojtka Klemma (premiera 7 stycznia 2022) skupiały się na zbiorowościach i na bohaterce i/lub bohaterze rozumianych kolektywnie. Premiery zaplanowane do końca sezonu (oprócz tej, której poświęcony jest niniejszy tekst, teatr zapowiada przygotowanie jeszcze sześciu) skupiać się będą już na jednostkach – między innymi na Antygonie i Jezusie.

Lutowa prapremiera skupiona jest na osobie Gabriela Narutowicza zamordowanego przez malarza, działacza niepodległościowego i urzędnika w Ministerstwie Kultury i Sztuki – Eligiusza Niewiadomskiego. Splot okoliczności uczynił z zastrzelonego męża stanu postać mityczną. Narutowicz był pierwszym prezydentem II Rzeczypospolitej. Wybrano go w atmosferze konfliktu, o zwycięstwie przesądziły głosy lewicy i mniejszości narodowych, a było ono sporym zaskoczeniem dla prawicy. Czasopisma endeckie zareagowały błyskawicznie, przygotowując nienawistną kampanię przeciwko politykowi. Sam Narutowicz nie identyfikował się z lewicą, wykonywał też gesty sympatii w stronę prawej strony sceny politycznej. W piątym dniu po zaprzysiężeniu, 16 grudnia 1922 roku, podczas otwarcia wystawy w galerii Zachęta w Warszawie, został zastrzelony przez sympatyzującego z nacjonalistami malarza Niewiadomskiego. Wszystko to zbudowało wokół prezydenta Narutowicza przestrzeń mityczną – bo choć nie wiemy jak by poprowadził II RP, to do dziś w kraju (również w Wałbrzychu) znaleźć można ulice i place nazwane jego imieniem. Jest to, jak się zdaje, mit niezbadany i omijany szerokim łukiem.

Siłę mitu, jego konstrukcję i odporność bada wałbrzyskie przedstawienie. Niespełna godzinny spektakl rozpisany na czworo aktorów od samego początku na różne sposoby podkreśla, że obchodzi go materia mityczna/mitologiczna, nie zaś wyłącznie fakty historyczne (ani nie wyłącznie spekulacje).

Wprowadzenie w świat sztuk pięknych, do gmachu Zachęty, odbywa się od razu po wejściu do budynku wałbrzyskiego teatru. W niedużym foyer Sceny Kameralnej, na podeście z obryzganymi farbą reprodukcjami polskich obrazów, uśmiecha się do widzów milczący aktor (Mikołaj Krzeszowiec). Na twarzy ma przesadnie wyrazisty makijaż, włosy zaczesane do tyłu niczym amant z międzywojnia, garnitur upstrzony plamami jak po zachlapaniu różnymi kolorami farb. Po dłuższej chwili oczekiwania dołącza do niego aktorka w pysznej sukni, z równie przesadnym makijażem (Joanna Łaganowska). Przez makijaż i naddatek ekspresji oboje wyglądają jak gwiazdy dawnego kina. Ta trochę upiorna, a trochę komiczna para wprowadza widownię w sceniczny świat. Podążamy za nimi na scenę, gdzie czeka kolejny podest, centralny element scenograficzny spektaklu.

Aktor szybko daje się rozpoznać: przedstawia się jako Zdzisław Mrożewski, który zagrał w 1977 Gabriela Narutowicza w filmie Śmierć prezydenta w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Również tożsamość aktorki szybko zostaje ujawniona – to caryca Aleksandra Fiodorowna Romanowa, ostatnia cesarzowa Rosji, żona Mikołaja II. Para prowadzi dyskurs wokół kwestii śmierci i sztuki – a oba zagadnienia są tak rozległe, że choć z przyjemnością słuchamy dialogu obu postaci, to trudno jest go zrekapitulować. Konwersacja jest potoczysta, dialog gęsty od pomysłów, odniesień i inspiracji. Aktorzy zwracają się ku sobie, ale jednocześnie spoglądają na widownię. Tym samym łamią zarówno iluzję czwartej ściany, jak i pozór komunikacji. Być może prowadzą osobne monologi i tylko dla niepoznaki stoją ramię w ramię?

fot. Tobiasz Papuczys/mat. teatru

Na scenie znajduje się jeszcze ktoś/coś. Spod płaskiego obiektu, dziwnego dzieła sztuki łączącego klapę sedesową z wypukłą strukturą oblepioną aluminiową folią spożywczą, wystają dwie nogi; jedna z nich jest ubrana w zieloną nogawkę spodni i wojskowy but, druga – w szpilkę i zwiewną białą tkaninę. Za chwilę okaże się, że to tytułowa Kula (Agnieszka Kwietniewska). Ale tożsamość tej postaci jest gęstsza i bogatsza, niż może się to na pierwszy rzut oka wydawać. Kula składa się z męskiej i żeńskiej części, łączy nadkobiecość Marilyn Monroe i przesadnie męską ekspresję żołnierza. Obdarzona jest nie tylko cechami obu płci, ale też samoświadomością (tytułową mądrością). Wspomina zabójstwo carskiej rodziny Romanowów, pamięta, jak przeszyła czaszkę J. F. Kennedy’ego, wspomina zamach na Jana Pawła II. Wspaniała rola Kwietniewskiej bliska jest najlepszym osiągnięciom artystów teatru lalkowego umiejętnie korzystających z teatralnej formy.

W drugiej połowie tego krótkiego przedstawienia do trojga wykonawców dołącza jeszcze jeden: rozpolitykowany wysoki dostojnik w mundurze i z orderami, w zapowiedziach spektaklu określany jako Zawodowy Polityk Car, choć mógłby to być równie dobrze sam Gabriel Narutowicz (Ryszard Węgrzyn).

Wydaje się niemożliwością połączenie tych czworga bohaterów z różnych epok i estetyk w ramach jednego przedstawienia – a jednak w niesamowity sposób się to udaje. Każda z postaci ma swoje racje do wypowiedzenia i akcenty do wydobycia: refleksyjne i filozoficzne monologi Zawodowego Polityka kontrowane są ripostami Kuli, postaci o swobodnie zmienianych tożsamościach. Ostatnia cesarzowa Rosji i nieżyjący aktor, na podobieństwo dowcipkujących konferansjerów, przerzucają się bon motami i oprowadzają nas po wirtualnej Zachęcie (wchodzimy z nimi nawet na dach galerii). Przedstawienie kończy się morderstwem Polityka i odarciem Kuli z obupłciowej tożsamości. Spod peruki wyłania się metalowa czaszka, która naciera w kierunku publiczności.

Liczne działania fizyczne, gęsty i naszpikowany kontekstami dialog oraz uwspólniony ton wszystkich ról nie tylko dają poczucie przedstawienia mocno przepracowanego intelektualnie, lecz także pieczołowitości w przenoszeniu refleksji intelektualnych z sali prób na scenę. Odniesień do pozascenicznych historii, żartów i intertekstualnych kontekstów jest w przedstawieniu tak dużo, że choć spektakl trwa niespełna godzinę, sprawia wrażenie niezwykle intensywnego i przepełnionego treściami. By w pełni odebrać jego rozmaite wymiary trzeba zobaczyć go więcej niż raz – a jest tego wart.

Lekkość wykonania i niesamowicie inteligentne interpretacje aktorskie sprawiają, że pomimo trudnych tematów poruszanych na scenie przedstawienie rozmawia z widzem w sposób przystępny. Jest w nastroju i błyskotliwości tego spektaklu duch twórczości Bogusława Schaeffera, połączenie rzemieślniczej precyzji z odkrywczą i zawsze świeżą interpretacją. Nieliczne rekwizyty, twórczo zakomponowana przestrzeń z pustymi ramami obrazów i otwartość przedstawienia na interpretacje zasługują na docenienie i zauważenie.

Oglądanie komicznego spektaklu o zamordowaniu polskiego prezydenta w obliczu agresji Rosji na Ukrainę było trudnym doświadczeniem. Jak się wydaje, spektakl nie do końca trafił w swój czas. Mimo to jednak zasługuje na uwagę i docenienie nie tylko za odważne analizowanie i rozgrzebywanie mitu prezydenta Narutowicza, lecz także za świeżą, pełną scenicznej urody warstwę estetyczną i aktorstwo precyzyjnie umocowane w scenicznej rzeczywistości.

fot. Tobiasz Papuczys/mat. teatru

Tytuł oryginalny

MIT ZAMORDOWANEGO PREZYDENTA

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Hubert Michalak

Data publikacji oryginału:

10.03.2022