EN
10.11.2014 Wersja do druku

Mit Waitsa

Siódmego grudnia skończy sześćdziesiąt pięć lat. Artysta doskonały, kultowy, niepodrabialny - można mnożyć podobne przymiotniki, niewiele jednak o nim mówią. Ledwo sygnalizują oryginalność tego barda kilku już pokoleń - pisze ks. Andrzej Luter.

Tom Waits to przede wszystkim artysta osobny, niezależny, gardzący blichtrem. Zawsze ten sam, jakby czas się zatrzymał. Czterdzieści lat temu i dzisiaj: to wciąż ten sam włóczęga, a raczej wędrowiec, o twarzy dzikiego pustelnika, z ironicznym półuśmiechem, w niedopasowanych i pogniecionych ubraniach, prawie zawsze w kapeluszu z małym rondem. Miejscem, gdzie zawsze najlepiej się czuł były jakieś małe jazzowe kluby i bluesowe knajpy, w których można było wypić i palić używki, i pławić się w oparach dymu. Zmieniał się w życiu, ale zawsze był i jest prawdziwy, nic fałszu. Jego muzyka sięga do amerykańskich korzeni. Zafascynowany Bobem Dylanem, duchowo był związany z beatnikami, czerpał z szalonej poezji Charlesa Bukowskiego i prozy Jacka Kerouaca. Marcin Przybylski wyreżyserował na scenie Studio w Teatrze Narodowym przedstawienie "Fortepian pijany". Rzecz o Waitsie, a raczej o jego świecie, tajemniczym, krwistym, emocjonalnym, dramatycznym i śmi

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Źródło:

Materiał własny

Materiał własny

Autor:

ks. Andrzej Luter

Data:

10.11.2014

Wątki tematyczne

Realizacje repertuarowe