BYNAJMNIEJ nie atrapy, ale jak najzwyczajniej (a raczej: jak najniezwyczajniej) żywe kury pojawiły się na toruńskiej scenie po raz ostatni w "Ułanach" J. M. Rymkiewicza, niemal równo rok temu. (A po raz pierwszy, a propos? Bodajże w "Romulusie Wielkim" F. Durrenmatta w reżyserii K. Meissner, w roku 1969). Oprócz tego, że kury owe dobrze się przyczyniły w "Ułanach" do wydobycia komediowości spektaklu, wydały się one wówczas jeszcze pełnić - nie mniej skutecznie - jedną rolę: sygnalizowania zabawowego dystansu twórców przedstawienia do tak częstych we współczesnym teatrze inscenizatorskim eksperymentów. W tym akurat wypadku: eksperymentów polegających na osadzaniu "klasycznej" akcji sztuk Fredry, Słowackiego, Wyspiańskiego, Witkacego itd. w jak najbardziej realistycznie, wręcz naturalistycznie - potraktowanym otoczeniu. Materia dramatyczna "Ulanów", raz po raz odsłaniająca swoją teatralną podszewkę, stwarzała doskonałą okazję
Tytuł oryginalny
Miłosne zaloty, małżeńskie pertraktacje na dworskim podwórku
Źródło:
Materiał nadesłany
Nowości nr 55