12.05.2008 Wersja do druku

Męczennica

Toruńska scena wzbogaciła się o znakomite przedstawienie. Splecenie w jedno brutalności i wzruszenia, wzbudzenie w widzu jednocześnie agresji i zawstydzenia to sztuka, która nie zawsze się udaje - o "Justynie" wg de Sade'a w reż. Marcina Wierzchowskiego w Teatrze im. Horzycy w Toruniu pisze Hubert Michalak z nowej Siły Krytycznej.

Toruńskie przedstawienie Marcina Wierzchowskiego jest mocno osadzone w pisarstwie de Sade'a. Nawet jeśli słowa padające ze sceny czy sytuacje, które oglądamy, nie pokrywają się literalnie z tekstem, panuje w nich podobny nastrój, przeprowadzane są te same tematy. Sześcioosobowy zespół aktorski prezentuje się jak znakomicie nastrojony instrument. Precyzyjnie poprowadzeni aktorzy budują z niczego świat, w którym ciało i duch Justyny poddane są najwyższej próbie. Jeszcze przed wejściem na salę aktorzy, w czarnych, ujednoliconych kostiumach, z białym makijażem na twarzy, pojawiają się między widzami, wchodzą wraz z nimi na widownię, pozwalają sobie na drobne interakcje, bądź zastygają w posągowych pozach. Dopiero później, po wygaszeniu świateł, pojawia się Justyna. Jest w białej sukience, boso, właściwie bez makijażu. Natychmiast po jej pojawieniu się na scenie rozpoczyna się okrutna gra. "Gra" jest trafnym określeniem. Piątka "czarnych" ze

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Źródło:

Materiał nadesłany

Nowa Siła Krytyczna

Autor:

Hubert Michalak

Data:

12.05.2008

Tematy w toku

Realizacje repertuarowe