22.06.2018 Wersja do druku

Marta Ziółek o spektaklu "Mam na imię kobieta"

- Pierwszą rzeczą, od której zaczęła się moja praca nad sobą, było zaakceptowanie tego, co mam, tego ciała, jakie mam. Zrozumienie, że moje ciało jest moją świątynią, więc muszę o nie zadbać - mówi choreograf Marta Ziółek przed spektaklem "Mam na imię kobieta" w ramach Big Book Festival.

BBF: Czym jest dla ciebie taka kategoria, jak "kobiecość"? Jaką formę kobiecości wybierasz dla siebie? - Długo zmagałam się z byciem "upupioną" jako kobieta i nadal się z tym zmagam. Życie w Polsce to jest niekończąca się walka z pewnym rodzajem reżimu, który jest bardzo często już uwewnętrzniony przez kobiety. Mam wrażenie, że dużo pracy związanej z formułowaniem własnej tożsamości poświęcałam temu, by wchodzić w przestrzeń "luzowania" pewnych form, czy dyscypliny związanej z tym, jakiego rodzaju gesty, sposób bycia, wygląd podlegają społecznym obostrzeniom. Pierwszą rzeczą, od której zaczęła się moja praca nad sobą, było zaakceptowanie tego, co mam, tego ciała, jakie mam. Zrozumienie, że moje ciało jest moją świątynią, więc muszę o nie zadbać. Od razu przychodzi mi do głowy powiedzenie, które zaproponowała Barbara Kruger w swojej pracy "Your body is a battlerground" (Twoje ciało to pole bitwy). BBF: Czyli patrząc

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Źródło:

Materiał własny

Materiał nadesłany

Data:

22.06.2018