EN
15.07.2022, 16:29 Wersja do druku

Małgorzata Treutler i Tadeusz Łomnicki – spotkanie w „Petit Trianon”

Zbiegają się dwie rocznice dwojga wspaniałych Ludzi Teatru, których dane mi było znać i kochać. 17 lipca mija 9. rocznica śmierci scenografa Małgorzaty Treutler a 18 lipca - mija 95. rocznica urodzin Tadeusza Łomnickiego. Miejscem i powodem spotkania nas wszystkich był Teatr na Woli.

Tadeusz Łomnicki w „Fantazym", 1980 r. / fot. Renata Pajchel/mat. IT

Tam miała miejsce premiera „Fantazego” (14 marca 1980 r.) w reżyserii Jana Kulczyńskiego – z Tadeuszem Łomnickim w roli tytułowej, Małgorzata Treutler była autorką scenografii. Spektakl znałem na pamięć, bo w nim statystowałem – wciąż słyszę głos i śmiech genialnego aktora, którego (stojąc w kulisie) byłem tak bardzo blisko…    

To jeszcze w czasie prób „Fantazego” Juliusza Słowackiego zapadła decyzja, że w Teatrze na Woli – zaraz po tej premierze – będę realizował swój spektakl dyplomowy „Sędziowie” – „Klątwa” Stanisława Wyspiańskiego. Opiekę nad pracą początkującego reżysera będzie sprawował sam dyrektor Teatru i rektor warszawskiej PWST w jednej osobie, czyli właśnie mistrz Łomnicki, a scenografię projektuje Małgorzata Treutler. Na milion opowieści i anegdot związanych z procesem powstawania „Fantazego” nie starczyłoby tutaj miejsca. Wciąż wspominam jednak dyskusje dotyczące czerwonych (wysokich…) obcasów butów Fantazego oraz historię złoconej rokokowej kanapki zakupionej w DESIE przez panią scenograf, której cena ogłuszyła nawet samego dyrektora Łomnickiego – i była mała awantura…

Po jakimś czasie – już po premierze Wyspiańskiego - doszło na warszawskiej Starówce do spotkania w miejscu umeblowanym w takie właśnie złocone rokokowe mebelki, do spotkania do którego dojść musiało. Wielki Aktor mieszkał bowiem przy ulicy Piwnej (nad kawiarnią „Pod herbami”), zaś autorka blisko 300 scenografii u wejścia do tej ulicy od strony Zamku Królewskiego. Ponieważ współpracowałem z Małgosią przy wielu kolejnych spektaklach, często gościłem przy Placu Zamkowym i zdarzało mi się niejednokrotnie – wziąwszy u Małgosi na odwagę – zapukać do drzwi mojego Mistrza i nigdy nie byłem odprawiony (dziś oczywiście takiego tupetu bym nie miał…).  

Małgorzata Treutler w Gdańsku, 1981 r. / fot. Waldemar Matuszewski

Pod koniec ulicy Piwnej po prawej stronie znajdowała się ekskluzywna kawiarenka „Petit Trianon”. Właścicielka znała doskonale swoich stałych gości – Małgosię także z racji pana Sławka Voita mieszkającego nieopodal, bo na Kanonii, który nawet w okresie prohibicji zawsze mógł tutaj liczyć (a Małgosia przy nim) na małe co nieco podawane dla niepoznaki w filiżance. Znowu tutaj stawiamy tamę nieskończonej ilości anegdot związanych z postacią hrabiego Sławka (zresztą hrabiego Respekta w rzeczonym „Fantazym”).

Do spotkania dojść musiało. Kawiarnia „Petit Trianon” to był właściwie mały pokój, do którego wchodziło się wprost z ulicy. Kiedy oboje weszliśmy, nie mogliśmy  od razu nie spostrzec, że przy małym pozłacanym stoliczku pod oknem z białymi tiulowymi firankami (na pozłacanych krzesełkach, takimi zupełnie do pary z rokokową kanapką z „Fantazego”) siedzą przy winie, wpatrzeni w siebie i ożywieni jakąś miłą rozmową jedyni w tym momencie kawiarniani goście - małżonkowie Maria Bojarska i Tadeusz Łomnicki. Chyba oboje mieliśmy odruch, żeby się wycofać, ale – robiąc małe zamieszanie w tym kameralnym pomieszczeniu – zwróciliśmy na siebie uwagę zaaferowanej rozmową pary.                                                                                                            

Zresztą Mistrz Łomnicki, mimo że siedział tyłem do wejścia, zobaczył nas od razu - w ogromnym kryształowym lustrze (oczywiście w złoconej ramie) wiszącym naprzeciwko drzwi wejściowych. Nie było już odwrotu. Nastąpiła wymiana miłych powitań i wcale nie mieliśmy wrażenia, że burzymy dobry nastrój zakochanej pary. Usiedliśmy najdalej, jak to było możliwe w tym malutkim pokoiku na Piwnej tak nieoczekiwanie z francuska nazwanego – w tej siermiężnej socjalistycznej rzeczywistości.  

My tradycyjnie już zamówiliśmy wódkę. Jakież było nasz zdziwienie, kiedy po pewnym czasie sama właścicielka kawiarni podeszła do nas z tacą, na której stały dwa ogromne (ogromne!) i wysokie jak czaple pełne kielichy bordeaux.  – Ale my nie… - To od pana Łomnickiego – powiedziała uprzejmie pani. A Mistrz Łomnicki i jego żona Maria Bojarska uśmiechnęli się do nas serdecznie.

Źródło:

Materiał nadesłany