04.03.2020, 16:15 Wersja do druku

Lubmy się trochę

JEZUS Jędrzeja Piaskowskiego i Huberta Sulimy w reż. Jędrzeja Piaskowskiego w Nowym Teatrze w Warszawie. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej OKNWPW 

Dali spektaklowi tytuł Jezus i wdepnęli w sam środek wonnego bagna zwanego rodzimym konfliktem światopoglądowym. „Słyszał pan, Jezus – powiedział mi ktoś, kto oczywiście nie pofatyguje się osobiście do Nowego, zobaczyć dzieło. On już wie. – Tylko żeby jątrzyć, żeby obrażać. Przecież wiadomo po co to zrobili. Teatr wojujący z Bogiem”. I z drugiej strony. „Jezus – uśmiechnęła się krzywo inna rozmówczyni. – Taki niby to zbuntowany teatr, a kombinuje, widać że chce żyć dobrze z władzą, dobiera właściwe tematy…”

Jezus, Maria!! Co innego można powiedzieć.

Spektakl Jędrzeja Piaskowskiego i Huberta Sulimy nie jest ani apokryfem, ani parodią. Ani wyznaniem wiary, ani wyznaniem niechęci, żeby nie powiedzieć mocniej. Jest czymś w naszym świecie niebywałym: próbą dotarcia do sedna Jezusowej religii miłości z ominięciem wszystkiego, co rytualne, co sztywne, co doktrynalne. I co kościółkowe. Inaczej: jest poetycką opowieścią o miłości, gdzie niektóre elementy, owszem, odsyłają do bezpośrednich treści ewangelicznych, ale inne zupełnie nie. Gdzie jest za to przez cały czas pastelowy nastrój, lekki humor wynikający z rozmaitych drobnych ludzkich przywar: uśmiechamy się z nieporadności mowy i gestu, w czym nie ma ani trochę wyśmiewania, wywyższania się. Lubimy się wszyscy. Może to jest sedno Jezusowej filozofii: lubmy się trochę?


Więc przychodzi facet przebrany za babę i pyta widzów: „państwo tutaj też na nadejście?” Facet, Bartosz Gelner okaże się Katarzyną Kozyrą, artystką performatywną. A nadejście będzie z kosmosu. Święty Kosmita (Piotr Polak) przekaże święte przesłanie miłości sprowadzone do sympatycznego „miło mi was widzieć”. Przekaże, lekko się jąkając i zacinając, jak każdy stremowany mówca. Będzie miał dziwną maskę i pulpit-mównicę bodaj z bułek. Będzie sympatyczny, niezgułowaty, wzbudzi śmiech i poprowadzi Kaśkę w swój kosmos. 

Potem odwiedzimy pewną dzielną prostytutkę, która przypadkiem nazywa się Maria Magdalena i która nie może skupić się na pracy, bo ktoś do niej gada. Do radia jej się podpiął i wygłasza mowy typu „dam Ci to, czego pragnie Twoje serce”. Sara Celler-Jezierska (która odeszła z Wałbrzycha i niech tylko nie przepadnie w Warszawie) ze swoją cudowną naturalnością gra naraz zakłopotanie, prostotę, uczciwość, wrażliwość. Wykapana Maria Magdalena tylko w sytuacji nie biblijnej. Na koniec śpiewa piosenkę Beverly Craven, a Małgorzata Biela grająca postać nazwaną Metafora, mówi jej, że szukać siebie do kontaktu z innym nie może w Beverly Craven, tylko w sobie. 

Kiedyś Wojciech Faruga zrobił w Wałbrzychu podobne przedstawienie wychodzące od klasycznego Betleem polskiego: Jezusowe cuda zdarzały się tam w zwykłym życiu, o niepokalanym poczęciu kobieta dowiadywała się u gburowatego ginekologa. 

Tu rychło odjeżdżamy z wątków apokryficznych w czystą poezję, wciąż ciepłą, empatyczną i niewymuszoną. Metafora wygłasza monolog o krowie, co zobaczyła na niebie światłość i poszła w kierunku gwiazdy (w tekście pada najbardziej ekscentryczne didaskalium świata „Gwiazda patrzy na krowę rękami jak ślimak”; nie zapamiętałem, jak tę metaforę zrealizowano w spektaklu). Wniebowstąpienie krowy jest piękne (aktorka ma krowi pysk na piersiach, pląsa w takt Tańca godzin Ponchiellego), acz mąci sielankę obecność w wierszu także pana rzeźnika. 

A potem Metafora z Marią Magdaleną rozmawiają o make-upie. I owszem, wszystko może być metaforą Boga. Potem przybywa Głuchoniemy. Bartosz Bielenia opromieniony filmem Jana Komasy, ma długi, zupełnie już oderwany monolog o ostatniej sonacie Beethovena, tej, która ma tylko dwie części, bo koniec części drugiej może być końcem wielu dzieł stworzenia. Nie pamiętałem, że to obszerny cytat z Faustusa Thomasa Manna. 

A do Kaśki Kozyry przychodzi jej rak. Ma odwłok i chodzi tyłem, jak każdy tego rodzaju nieborak. Trzeba go pokochać, wtedy się może nie rozpełznie po całym ciele. Tańczą, przytulają się. Rak przynosi prezent: obraz, na którym są elementy rozmaitych słynnych dzieł współczesnych artystów, z Palmą Rajkowskiej na czele. W środku jest Przejście. I wszyscy przez nie przechodzą, śpiewając przedtem song z Les Miserables a potem pojedynczo recytując wiersze: Świetlickiego, wiersz Danuty Wawiłow stylizowany na dziecinną mowę (wzruszająca Celler-Jezierska), na koniec wiersz o krowie, Ktoś jeszcze – pyta widzów kosmiczny Chrystus w ostatnim słowie? Światło gaśnie. 


Można rzec, że spektakl startując od rozpoznawalnych ewangelicznych symboli (nadejście, Maria Magdalena), odjeżdża stopniowo w coraz odleglejsze metafory, w wyznanie wiary w sztukę – i w dziecinadę. Dezynwoltura skojarzeń może jeżyć nieprzychylnie nastawionych. Infantylna poetyckość zapewne też. Kto jednak weźmie to z dobrodziejstwem inwentarza, ten doceni jednak oryginalność i rozmach samego zamysłu – a także ewangeliczną sympatyczność i ciepło, tak bardzo nieobecne w dzisiejszej praktyce scenicznej.


 _______________________________________

Jędrzej Piaskowski, Hubert Sulima JEZUS. Reżyseria: Jędrzej Piaskowski, dramaturgia: Hubert Sulima, scenografia, koncepcja świateł: Przemysław Branas, kostiumy: Hanka Podraza, muzyka: Jan Tomza-Osiecki, choreografia: Szymon Dobosik. Prapremiera w Nowym Teatrze w Warszawie 22 czerwca 2019.

Źródło:

Materiał własny