- Akcja "Barbary Radziwiłłówny" rozgrywa się na początku lat 90., kiedy media nie serwowały nam jeszcze totalnej sieczki. Stara polonistka mogła jeszcze narzekać, że młodzież nie wie, że Kantor to Tadeusz Kantor, a nie miejsce skupu walut, że galeria to miejsce, gdzie obcuje się ze sztuką, a nie sklep. Dziś taka polonistka jest już martwą figurą. Inteligenci przestali narzekać, pogodzili się z tym, jak jest, zdziwaczeli, przygarbili się i zanikają... - mówi Michał Witkowski, pisarz grający we własnym monodramie.
Katarzyna Janowska: - Odbierając Paszport Polityki [na zdjęciu] mówiłeś, że "Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej" to twoja najbardziej polska książka. Co miałeś na myśli? Michał Witkowski: - "Barbara Radziwiłłówna" jest jak rozmowa w rodzinie. Wychodzi to przy próbach przekładu. Na każde słowo można znaleźć odpowiednik w języku niemieckim, a mimo to tekst pozostaje niezrozumiały. Rodzina, wiadomo, wytwarza swój własny kod porozumiewania się. "Barbara Radziwiłłówna" jest mówieniem do narodu o narodzie, do nas o naszych sprawach. Nikomu nic do tego. Choćby zrobić nie wiem ile przypisów, i tak tylko my rozumiemy, co znaczy Licheń, Katyń, cała nasza narodowa mitologia. Polska w swojej rozciągłości między Wschodem a Zachodem jest pełna napięć. To tutaj przechodzą granice starego i nowego świata, na styku których potrafi iskrzyć. Nie potrafię za bardzo pisać o zagranicy. Takie książki jak "Bieguni" Olgi Tokarczuk czy powieści Ho