EN
2.04.2022, 17:56 Wersja do druku

Lepiej gonić króliczka niż go złapać

„Kanadyjskie sukienki” w reż.  Macieja Archona Michalskiego w  Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze. Pisze  Konrad Pruszyński na swoim blogu.

fot. Dariusz Biczynski/mat. teatru

„Kanadyjskie sukienki” Macieja Archona Michalskiego pierwszy raz światło dzienne ujrzały dekadę temu, kiedy swoją premierę miała filmowa opowieść o losach rodziny z wielkopolskiej wsi Sycewo z Anną Seniuk, Ewą Kasprzyk czy Zofią Czerwińską w rolach głównych. 26 marca Lubuski Teatr w Zielonej Górze zaprosił swoich widzów na teatralną adaptację tej historii.

Opowieść Archona inspirowana jest biografią reżysera „Kanadyjskich sukienek”. Punktem wyjścia dla spektaklu jest obraz nestorki rodu Zofii leżącej na zlokalizowanym w centralnej części sceny katafalku. Śmierć babki twórcy przedstawienia była momentem zwrotnym w dziejach rodziny, w której „nie było już tak miło, przyjemnie […] z której odszedł bardzo ważny element troskliwości i ciepła” (Piotr Prusinowski, „Ze srebrnego ekranu na zielonogórską scenę”). Pożegnanie Zofii nie stanowi jednak zakończenia historii, a swoiste preludium licznych retrospekcji, wciągających widzów w wir skrajnych emocji, wzajemnych powiązań, żali i krzywd.

Zofia trwa w permanentnym smutku związanym z wyjazdem męża oraz starszej córki do Kanady („On tam nie pojechał na wczasy, tylko dolary zarabiać”). Amelia zostaje stłamszona przez swojego chłopaka Jeffa, podobnie z resztą, jak jej młodsza siostra Laura padająca ofiarą bezlitosnego egocentryzmu męża Irka. Pozostałe postaci wcale nie wydają się szczęśliwsze. Każdy/a z bohaterów/ek Archona nosi w sobie ogromną ranę, którą na swój własny sposób próbuje opatrzyć. Nawet przerysowana ciotka Barbara (grana przez wspaniałą Annę Łaniewską), uporczywie poszukująca zaginionej biżuterii odziedziczonej po Poli Negri, daje wybrzmieć swojemu osobistemu dramatowi. Ambicje hałaśliwej kobiety wykraczają dalece poza standardy wielkopolskiej wsi.

Marzeniem bohaterów i bohaterek „Kanadyjskich sukienek” jest tytułowy Kraj Klonowego Liścia, nazywany także „Świętą Ziemią”. Masowość emigracji Polaków w tamte rejony globu najlepiej oddają oficjalne statystyki, mówiące, że w okresie od 1980 do 1993 roku do Kanady przybyło od 115 do 117 tysięcy naszych rodaków, ulegających mitowi Ameryki, jako miejsca, w którym dolary leżą na ulicy (Małgorzata Krywult-Albańska, „Przyczyny i okoliczności emigracji z Polski w latach 1980. na przykładzie emigracji do Kanady”). Umiłowanie mitycznej krainy okazało się w rzeczywistości umiłowaniem pozorów i powierzchowności. Jedna z bohaterek mówi wprost: „ja chyba wolałam czas, kiedy tej Kanady jeszcze w moim życiu nie było”. Podobna intuicja każe zastanowić się nad motywacjami i priorytetami nie tylko ówczesnych ludzi, ale również współczesnych odbiorców tej sztuki. Czy źródła swojego spełniania doszukujemy się w szczerości i radości wzajemnych, pełnych szacunku relacji czy może w "kapitalistyczno-imperialnej fantazji o nieograniczonym wzroście [...] produkcji-konsumpcji-eksploatacji"? (Dramatyczny Kolektyw, „Polskie orędzie na Międzynarodowy Dzień Teatru 2022”)

fot. Dariusz Biczyński/mat. teatru

Historia jest od tego, żeby się na niej uczyć, natomiast teatr jest przede wszystkim od tego, żeby poruszać emocje odbiorców. „Kanadyjskie sukienki” oraz zespół Lubuskiego Teatru robią to bez ustanku. Każda z postaci niesie ze sobą garść niezwykle trudnych doświadczeń. Mnie natomiast szczególnie poruszyły (fabularnie, a przede wszystkim aktorsko) wątki dwójki braci Wiktora oraz Adama. Obaj panowie, w wyniku zewnętrznych nacisków, pozbawieni zostali osobistej „Kanady” – prawdziwej miłości. Starszy, grany przez Pawła Wydrzyńskiego, został zamknięty przez matkę w tradycyjnym, patriarchalnym, katolickim i (co najważniejsze) aseksualnym schemacie małżeńskim. Z kolei Adam, kreowany przez Daniela Zawadę, padł ofiarą zaściankowej moralności, w której brakowało miejsca na Inność, wolność i niezależność. Maryś, pięknie nazwany „marzeniem Adama”, mówi w pewnym momencie: „przyjdzie czas, kiedy nikt nie będzie nazywał nas zarazą” [tu pozostawiam czytających w wymownej ciszy]

Znakomitym dopełnieniem poszczególnych dramatów składających się na rodzinną sagę jest muzyka, a przede wszystkim niezwykle bogata scenografia. Archon zabiera widzów w świat nietypowego, bo kolorowego PRL-u – po prawej urząd pocztowy, w centrum salon ze stołem nakrytym czerwonym obrusem, po lewej brokatowe drzewo wspomnień, a w głębi rozbudowana scenografia domowa – wiejskie i kanadyjskie pokoje. Wszędzie narzucają się również klasyczne obrazy religijne, a podwieszony i obficie okwiecony ołtarz robi nie lada wrażenie. Do tego trzeba wspomnieć o genialnych kostiumach, które aktorzy i aktorki w trakcie trwania spektaklu w bardzo sprawny sposób zmieniają i korygują. Wszystko to składa się na końcowy sukces opowieści o rodzinie, o której „może zrobią w przyszłości film?” – mówi w końcowej scenie mąż Zofii. Zrobili nie tylko film, ale również genialny spektakl. I niech najlepszą recenzją tego tytułu będzie zdanie: a czemu tak krótko?

Autor i reżyser: Maciej Archon Michalski; scenografia i kostiumy: Adam Łucki; muzyka: Maciej Archon Michalski i Gabriel Kaczmarek; występują: Elżbieta Donimirska, Aleksander Podolak, Romana Filipowska, Katarzyna Kawalec, Paweł Wydrzyński, Daniel Zawada, Anna Łaniewska (gościnnie z Teatru Osterwy w Gorzowie), Bożena Pomykała-Kukorowska (gościnnie z Teatru Osterwy w Gorzowie), Marek Sitarski, Wojciech Romańczyk, Radosław Walenda, Tatiana Kołodziejska, Jakub Mikołajczak, Joanna Koc, Radosław Walenda, Katarzyna Hołyńska, Anna Stasiak, Alicja Stasiewicz, Marta Stalmierska, Vũ Thị Thanh Huyền.

Tytuł oryginalny

Lepiej gonić króliczka niż go złapać

Źródło:

kpruszynski.blogspot.com
Link do źródła