EN
08.07.2021, 08:17 Wersja do druku

„La Rondine” czyli płonąca jaskółka w Operze Śląskiej

 "La Rondine" Giacomo Pucciniego w reż. Bruno Berger-Gorskiego w Operze Śląskiej w Bytomiu. Pisze Wiesława Konopelska w Śląsku.

Próżno szukać w liczącej co najmniej siedem wydań „biblii operowej" Józefa Kańskiego pt. Przewodnik operowy omówienia opery Giacomo Pucciniego „La Rondine” (Jaskółka). Dziełu temu, wybitny znawca i koneser opery, w zasadzie nie poświęcił ani jednego zdania, poza stwierdzeniem, że po sukcesach sztandarowych dzieł, jak „Manon Lescaut”, „Cyganeria”, „Tosca” i „Madame Butterfly”, Puccini „jakby obniżył swój lot". Żadna kolejna - czy to „Dziewczyna z Zachodu” (napisana na zamówienie Metropolitan Opera), czy „La Rondine”, a także „Tryptyk” złożony z trzech jednoaktówek („Płaszcz”, „Siostra Angelica” i „Gianni Schicchi”) nie dorównywały poprzednim. Zauważył jedynie, że Jaskółka to operetka napisana na zamówienie jednego z teatrów wiedeńskich. A jak wiadomo, ciesząca się wielką popularnością w czasach Straussa i Lehara operetka zaspokajała gusta popularne i masowe, służyła wyłącznie rozrywce, więc nie mogła równać się z poważnymi, wyrafinowanymi dziełami. Sam Puccini, mimo namowy Lehara, odżegnywał się od napisania dzieła stricte operetkowego, skłaniając się raczej ku operze komicznej - i taki charakter nadał „Jaskółce”. Zrealizował zamówienie teatru wiedeńskiego, ale miał świadomość, że ten gatunek sceniczny nie ma nic wspólnego z jego dotychczasową twórczością. Powstała więc Jaskółka, ale niejako operetka - jak chcieli zamawiający, lecz opera komiczna. Nie obeszło się bez zmiany pierwotnego libretta, co było jednym z powodów opóźnienia dnia premiery. Na to nałożyła się ówczesna sytuacja polityczna, i ostatecznie prapremiera odbyła się 27 marca 1917 roku w Operze w Monte Carlo. Sukces, jaki odniosła „La Rondine” jednak nie przekonał Kańskiego do poświęcenia temu dziełu chociażby jednego zdania.

Tymczasem od chwili pierwszego scenicznego wystawienia „La Rondine” święciła tryumfy. Nawiązania do wcześniejszych oper - tak pod względem tematyki, jak i rysunku postaci, nagromadzenie charakterystycznych dla klimatu wiedeńskiej operetki: walców, nawet modnego w tamtym czasie fokstrota, popisowych, sentymentalnych piosenek i arii sprawiło, że „La Rondine” była z powodzeniem prezentowana na światowych scenach teatrów Bolonii, Mediolanu, Rzymu, Neapolu, a nawet Buenos Aires.

Niestety, nie utrzymywała się długo w repertuarze i zaczęła popadać w zapomnienie. Puccini rozgoryczony tym faktem, podjął kolejną próbę walki o „La Rondine” i przystąpił do poprawek partytury, ale i tak czas obszedł się z tą operą dość dramatycznie. Dopiero współcześnie sięgnięto po „La Rondine”, dano jej jakby drugie życie sceniczne - zawędrowała nawet do Metropolitan Opera, ale i tak, mimo wielu swoich zalet, ciągle pozostawała na marginesie stałego repertuaru teatrów muzycznych.

29 maja 2021 roku za sprawą Opery Śląskiej „La Rondine” zagościła na scenie bytomskiego teatru po raz pierwszy w jego historii. Nigdy dotąd nie była też prezentowana w innych teatrach muzycznych w kraju. Było to możliwe za sprawą koprodukcji z Meinninger Staats Theather. Losy głównej postaci - paryskiej kurtyzany Magdy de Civry i jej pragnienie zaznania prawdziwej miłości wyreżyserował Bruno Berger-Gorski. Kierownictwo muzyczne powierzono Jaroslavovi Shemetowi - dyrygentowi współpracującemu z Operą Śląską, a od niedawna związanemu z Filharmonia Śląską.

Bruno Berger-Gorski w bytomskiej realizacji przeniósł historię „La Rondine” do czasów Grace Kelly. Rzecz rozgrywa się w luksusowym salonie paryskiegohotelu, gdzie toczy się burzliwe życie towarzyskie, w którym młodzi literaci szukają poetyckiego natchnienia, a eleganckie, ciągle chichocące i krytykujące bywalców kurtyzany - bogatych opiekunów. Poetą, dzięki któremu główna bohaterka - Magda zapragnie prawdziwej miłości jest Prunier - autor piosenki opowiadającej o Doretcie, która w imię prawdziwej, wielkiej miłości rezygnuje z wygodnego życia. Pomysł na kolejną zwrotkę podsuwa poecie Magda - przypomniał się jej bowiem epizod z przeszłości, kiedy sama znalazła się w sytuacji Doretty, lecz ona dla miłości nie porzuciła dotychczasowego życia - wolała zostać utrzymanką bogatego Rambalda. Pragnienie przeżycia jeszcze raz wielkiego uczucia nadarza się w chwili przypadkowego pojawienia się Ruggera. Kiedy jednak rozkochała go w sobie i spędzała z nim pełne miłosnych uniesień chwile na Lazurowym Wybrzeżu, okazało się, że Magda nie pragnęła życia u boku wybranka - biednego studenta, a tym bardziej nie zamierzała spełnić jego prośby by została jego żoną. Nie w takiej roli widziała się Magda - kategorycznie oznajmiła Ruggerowi, że nie będzie żoną i matką, jak tego pragnął, woli pozostać jego kochanką i wyzwoloną kobietą. Chciała przeżyć wyłącznie wielką, namiętną miłość, a potem wrócić na paryskie salony i prowadzić wygodne, choć dręczące ją czasem życie. Tradycyjnie wychowany Ruggero nie potrafił pogodzić się z niespodziewaną decyzją ukochanej.

Symbolem gorącej, lecz niespełnionej miłości, stał się królujący w paryskim salonie fortepian - przy nim powstała zapewne niejedna piosenka i ta najważniejsza, która stała się przyczyną późniejszego dramatu Magdy i Ruggiera. Ten sam fortepian w finałowej scenie zaczyna płonąć, a nad buchającym ogniem unosi się jaskółka - wyobrażenie Magdy, której poeta Prunier z dłoni wyczytał niepewną przyszłość: porwie ją - niczym jaskółkę -wir wielkiej miłości i spełnienia marzeń, albo spotka ją los tragiczny. Jak odnieść obraz płonącego fortepianu do losu jaskółki? Czy jest to ślad „naukowej" teorii stworzonej w drugiej połowie XVII wieku przez wybitnego uczonego tamtego czasu Jana Heweliusza, mówiącej o tym, że ten pięknie śpiewający i pełen wolności ptak, jakim jest jaskółka, nie potrafiłby przecież pokonać tak wielkiej odległości, odlatując na zimę do odległych, ciepłych krajów, więc zimuje głęboko schowany w mule jezior. Kiedy przychodził odpowiedni czas, według Heweliusza, odrętwiałe ptaki ożywały, kiedy wrzucano je do otwartego ognia -płomienie nie tylko ratowały im życie, ale dodawały wigoru do dalszego życia. Czyżby i Magda de Civry odradzała się w niszczycielskim ogniu miłości?

Tak więc, jak na operę przystało, jest dramatyczne zakończenie, są piękne
piosenki i arie, słowem, jest wszystko co najpiękniejsze w dziełach Pucciniego.
Skoro jednak jest to opera komiczna, musi być też wątek komediowy - znakomicie poprowadzone postaci poety Puniera i niedoszłej śpiewaczki - pokojówki Lisette, a także sytuacje w jakich się znajdują, dostarczają widzom zaskakujących, pełnych humoru scen.

Wystawienie „La Rondine" na scenie Opery Śląskiej okazało się kolejnym sukcesem tego teatru. Gwarantem znakomitego przyjęcia tego zapomnianego dzida Pucciniego byli soliści: Iwona Sobótka kreująca partię Magdy, Ewelina Szybilska w roli Lisette, Andrzej Lampert jako Ruggero, Albert Memeti - odtwórca partii Pruniera, czy Adam Woźniak w roli Rambalda.
Iwona Sobótka - gwiazda najważniejszych scen operowych i sal koncertowych w Europie, po raz pierwszy wystąpiła gościnnie w Operze Śląskiej. Zachwyciła i ujęła serca publiczności swoim pięknym sopranem a także talentem aktorskim. Perfekcyjna w każdym calu, przepięknie zaprezentowała swoje możliwości wokalne. Podobnie towarzyszący jej Andrzej Lampert - artysta wszechstronny, dysponujący wspaniałym głosem tenorowym. Wraz z Iwoną Sobótką stworzyli przejmujący i przekonywujący duet kochanków.

Zgoła odmienną w charakterze, chociaż równie niedopasowaną parę stworzyli Albert Memeti - poeta i Ewelina Szybilska -  pełna energii, humoru i wigoru Lisette, która wybrała życie u boku swej pani - Magdy, porzucając romantyczną miłość zakochanego w niej poety. I ten duet dostarczył widzom wspaniałych artystycznych doznań. Na uwagę zasługiwał także Adam Woźniak, który wcielił się w postać drugoplanową, ale pozostawił na scenie wspaniałe wrażenie, budując mocną postać nie znoszącego sprzeciwu Rambaldo.

Tak więc „La Rondine" Giacomo Pucciniego zapewne zostanie bardzo dobrze zapamiętana przez bytomską publiczność i stanie się mocnym punktem repertuaru Opery Śląskiej.

Dodać też trzeba, że była to pierwsza w czasie pandemii prezentacja spektaklu „na żywo" z udziałem publiczności. Okazało się też, że nawet tzw. rygor sanitarny ma swoje dobre strony, bowiem część zespołu orkiestrowego zajęła miejsca przed sceną, a dobrze widoczny dyrygent Jaroslav Shemet mógł z młodzieńczym rozmachem i uśmiechem poprowadzić spektakl - a uczyni! to koncertowo.           

Zaloguj się i czytaj dalej za darmo

Zalogowani użytkownicy mają nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów na e-teatrze.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się.

Tytuł oryginalny

„La Rondine” czyli płonąca jaskółka w Operze Śląskiej

Źródło:

Śląsk nr 6/06.21