Logo
Recenzje

#KurierTeatralny: Śpiewać (nie) każdy może

11.03.2026, 09:33 Wersja do druku

„Gdynia. Fordewind” wg scenar. Artura Pałygi w reż. Darii Kopiec w Teatrze Miejskim im. W. Gombrowicza w Gdyni. Pisze  Piotr Sobierski.

fot. Piotr Pędziszewski/mat. teatru

Bardzo dobry reportaż Aleksandry Boćkowskiej „Gdynia. Pierwsza w Polsce” w adaptacji Artura Pałygi zamienił się w chaotyczną próbę uchwycenia kolorytu miasta. Zamiast fascynującej opowieści o tym, jak doszło do tego, że właśnie w Gdyni żyje się najlepiej, widownia dostaje oniryczną, ale przede wszystkim rozchwianą historię antybohaterów. Z minuty na minutę ze spektaklu w reżyserii Darii Kopiec uchodzi powietrze, a dramaturgia rozpada się na serię luźnych epizodów.

Główną bohaterką „Gdynia. Fordewind” jest pisarka przybywająca nad morze, aby napisać książkę o mieście. Goldie (Marta Kadłub) zaczyna od wynajmu mieszkania u Gospodyni (Elżbieta Mrozińska). Ich spotkanie okraszone jest sporą dawką niewybrednego dowcipu. Gdynia od razu jawi się jako miasto bez kompleksów, w którym każdy jest na swoim. Warszawianka na dzień dobry zderza się z całym zestawem charakterystycznych cech miasta, w tym wszechobecnego wiatru, smrodu z portu czy pracujących w przemyśle obcokrajowców, ale pojawia się też wspomnienie o zboczonym księdzu czy wizycie papieża. „Im szybciej, tym lepiej… zakochać się w Gdyni” - radzi Gospodyni. 

Urok pierwszych scen, w dużej mierze oparty na krytycznym spojrzeniu na Gdynię, ale też na charakterystycznych zażyłościach i animozjach z pozostałymi miastami Trójmiasta, w drugiej połowie spektaklu ustępuje miejsca rozwlekłym, pseudofilozoficznym monologom oraz epizodom, które sprawiają wrażenie chaotycznego streszczenia reportażu Boćkowskiej. W tej plątaninie tylko nieliczni bohaterowie są ciekawie poprowadzeni.

Intrygującą postać tworzy Piotr Michalski, który wciela się w Silvermana - reżysera. Momentami przypomina głównego bohatera musicalu „Nine”, a więc Felliniego w twórczym kryzysie. Gdy podczas pracy nad spektaklem o Gdyni odwiedzają go miejscy urzędnicy (udany duet Szymona Sędrowskiego i Mariusza Żarneckiego), musi zmierzyć się z próbą ingerencji w kształt swojego dzieła.

fot. Piotr Pędziszewski/mat. teatru

Jedną z niewielu scen, w których spektakl rzeczywiście zaczyna oddychać, jest przyjęcie u Gospodyni. Goldie bierze tam udział w rozważaniach o porcie i opłaconych sondażach potwierdzających zadowolenie z życia w mieście. Zderza się z perspektywą deweloperów i problemem starzenia się mieszkańców, ale słucha też poezji recytowanej przez Waleriana (zabawny Maciej Wizner). Takich perełek w spektaklu jest jednak jak na lekarstwo. 

Największym zawodem okazuje się główna bohaterka. Dziennikarka Goldie w kreacji Marty Kadłub jest postacią, która pomimo wielokrotnych zapewnień, że przyjechała, aby słuchać, wydaje się całkowicie niezainteresowana ludźmi, których historię rzekomo chce opowiedzieć. Nie tyle uczestniczy w opowieści, ile bezradnie ją obserwuje. Kobieta snuje się ulicami miasta, z każdą minutą coraz bardziej pogrążona w cierpieniu. Na tle wyrazistego Michalskiego i precyzyjnej Mrozińskiej aktorstwo Kadłub wypada szczególnie bezradnie. Na domiar złego aktorce powierzono solową piosenkę, która uwypukla brak wokalnych umiejętności. 

Teatr Miejski od kilku sezonów nieprzerwanie wierzy, że ma predyspozycje do wystawiania spektakli muzycznych. Duch Danuty Baduszkowej, która ponad 50 lat temu prowadziła w budynku przy Bema 26 Teatr Muzyczny, być może wciąż przechadza się tymi korytarzami. Po ostatniej premierze raczej na zawsze opuści jego mury. Większość piosenek (muzyka Aleksandry Gronowskiej) mogłaby posłużyć jako materiał dydaktyczny dla studentów aktorstwa, tyle że jako przykład tego, jak nie należy śpiewać na profesjonalnej scenie. 
Dotyczy to zarówno utworu Goldie, jak i kuriozalnego aranżu country piosenki „Morze, nasze morze” w wykonaniu Beaty Buczek-Żarneckiej czy utworu poświęconego florze miasta, śpiewanego przez kilka bohaterek, na domiar złego wzbogaconego o absurdalną, szkolną choreografię (Michał Przybyła).

Dyrektorka Marta Miłoszewska, dla której premiera „Gdynia. Fordewind” była kulminacyjnym momentem pierwszego sezonu w Teatrze Miejskim, pokazała już dobrą energię i koncepcję programową korespondującą z dziedzictwem tej sceny. Na razie jednak, poza zmianą identyfikacji wizualnej, teatr nadal artystycznie tkwi w estetyce poprzedniej dyrekcji. Zespół wciąż porusza się w dobrze sobie znanych, utrwalonych formach, a spektakl, pomimo odświeżonego zestawu twórców, kuleje u podstaw - na poziomie adaptacji tekstu i reżyserii. Tytułowy dobry wiatr nie zaklął rzeczywistości i nie zawiał dla Miejskiego. Najwyższy czas zmienić kurs.

Tytuł oryginalny

#KurierTeatralny: Śpiewać (nie) każdy może

Źródło:

#KurierTeatralny
Link do źródła

Sprawdź także