Logo
Recenzje

#KurierTeatralny: Marzenia, które prowadzą nad przepaść

7.10.2026, 15:14 Wersja do druku

„Moby Dick” Hermana Melville'a wg scenar. i w  reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Pisze Piotr Sobierski.

fot. Rzemieślnik Światła/mat. teatru

„Chcę obejrzeć świat” – tymi słowy zaczyna się „Moby Dick”, najnowszy spektakl Wojciecha Kościelniaka na deskach Nowej Sceny Teatru Muzycznego w Gdyni. Wypowiada je Izmael (Jakub Badurka), młody marynarz pragnący wyruszyć w poszukiwania tytułowego wieloryba. Jego z pozoru niewinne marzenie nie zwiastuje zagrożenia. Co więcej, gdy zachwyca się statkiem, którym załoga ruszy w rejs, brzmi jak bohater powieści przygodowej. Werbunkowy stara się jednak sprowadzić go na ziemię, wskazując, że lepiej zatrzymać się na lądzie i z portowego nabrzeża spoglądać w nieznane.

Załoga rusza w rejs pod dowództwem legendarnego kapitana. Ahab (Rafał Ostrowski), podobnie jak jego biblijny imiennik, owładnięty jest pragnieniem tego, co niedostępne. W tym wypadku – zemstą na białym kaszalocie, w konfrontacji z którym stracił nogę. Żądza odwetu schodzi momentami na drugi plan. Mężczyzna zdaje sobie sprawę, że ze względu na wiek to ostatnia szansa na wyrównanie rachunków. Choć jest fanatycznie wręcz zaślepiony, w momencie, gdy odpycha jednego z marynarzy, twierdząc, że to jemu należy się pierwszeństwo w spotkaniu z wielorybem, nabiera ludzkiej twarzy. Kościelniak nie wybiela Ahaba, ale nadaje mu głębię, która w kreacji Rafała Ostrowskiego wypada wiarygodnie.

Początkowo wszyscy są zapatrzeni w kapitana. Nawet gdy buntują się przeciw niemu, nie mają szans z jego siłą. Są manipulowani i zastraszani, ale też za słabi i zbyt wygodni. Ahab potrafi wykorzystać ludzkie lęki, by podporządkować je własnemu celowi. Ten rejs nie jest bowiem wspólną wyprawą, lecz walką o swoje. Nie dziwi więc, że gdy za burtę wypada młody Pip (Katarzyna Witkowska), nikt tego nie zauważa. Chłopak spędza w wodzie wiele godzin, co wywołuje atak szaleństwa i prowadzi do „narodzin” nowego bohatera. Ten wcześniej niewinny, pełen energii i radości dzieciak staje się cierpiącym prorokiem katastrofy.

W tej historii każdy chce wziąć za coś odwet. To rejs pogubionych i skrzywdzonych, ale też zaślepionych wyznawców Ahaba. Gdy Daggoo (Igor Teodorowicz) śpiewa o czarnym wielorybie, trudno nie przywołać na myśl unicestwienia przyrody, jakiego dokonał biały człowiek. Niemniej ważny jest wątek rozliczenia z przeszłością. Queequeg (znakomita kreacja Pawła Muranowskiego) śpiewa o swoim marzeniu o szczęśliwych krajach, z kolei Tasztego (najlepsza rola w karierze Jędrzeja Gieracha) staje się reprezentantem rdzennych mieszkańców Ameryki.

Pomimo symboliki, którą przesiąka powieść Hermana Melville'a i którą Kościelniak w okrojony sposób przeniósł na deski teatru, nie zabrakło tu musicalowej lekkości. Widać ją w kalejdoskopie barwnych bohaterów. Stubb w ujęciu Krzysztofa Wojciechowskiego, z nieodłączną fajką i wiecznym uśmiechem, czy Pip Katarzyny Witkowskiej, pełen dziecięcej energii i marzeń, wprowadzają do historii odpowiednią dawkę humoru i ciepła.

Dynamikę rejsu podkreśla wizualna strona przedstawienia. Zjawiskowe kostiumy Anny Adamek są dopracowane w szczególe i dopowiadają losy każdej z postaci. Z kolei scenografia Martyny Kander, choć minimalistyczna, jest na tyle widowiskowa, że z powodzeniem prowadzi nas z pokładu statku do wnętrza wielkiego wieloryba. Niuansuje całość dopracowane światło Tadeusza Trylskiego. Wszystkie te elementy sprawiają, że rejs Kościelniaka pochłania. Każde pojawienie się na horyzoncie statku lub tajemniczego zwierza budzi emocje, a wprawione w ruch wiosła zdają się rozbryzgiwać wodę wprost na widownię.

fot. Rzemieślnik Światła/mat. teatru

Spektakl pulsuje dzięki muzyce Mariusza Obijalskiego, która jest nie tylko znakomicie zespolona z historią, ale ma potencjał funkcjonować poza teatrem. W kompozycji słychać mieszankę odległych kultur, są więc szanty, azjatyckie i afrykańskie rytmy, ale też utwory niczym z westernu. Obijalski uniknął jednak przysłowiowej „cepelii”, osadzając kulturowe cytaty we współczesności, nie stroniąc przy tym od elektroniki.

Kościelniak, pracując w gdyńskim teatrze niemal trzy dekady, zna zespół od podszewki. Potrafił jednak obsadzić aktorów wbrew dotychczasowemu emploi, dając tym samym możliwość odkrycia w ich rolach i głosach zaskakujących odcieni czy pokładów energii. Zachwyca młode pokolenie - Jędrzej Gierach czy Paweł Muranowski, a także odkryci na nowo soliści - Aleksy Perski (Demon) i Tomasz Gregor. Idealnie zespoleni z nimi są tancerze - Damian Zawadzki i Taras Shaviak. Ruch Eweliny Adamskiej-Porczyk wymyka się z ram choreografii. Zdaje się wypływać z trzewi każdego z bohaterów, stanowiąc odzwierciedlenie ich wewnętrznej kondycji. 

„Jakby głęboka nie była woda, nic nie zatopi załogi Pequoda” – śpiewa załoga statku. Bo to nie woda ich zatopi, tylko żądze, które nie pozwalają powiedzieć w odpowiednim momencie „stop”. Kościelniak przefiltrował powieść Melville'a, zostawiając jej metaforyczne bogactwo, ale jednocześnie nadając współczesny rys. Dzięki temu „Moby Dick” jest kameralnym, ale wciąż widowiskowym musicalem, pełnym przygody i emocjonalnego ciężaru. Finalnie pozostaje jednak przede wszystkim opowieścią o człowieku, który za wszelką cenę chce dopłynąć do własnego celu, bez względu na ofiary i poniesione koszty.

Tytuł oryginalny

#KurierTeatralny: Marzenia, które prowadzą nad przepaść

Źródło:

#KurierTeatralny
Link do źródła

Sprawdź także