05.03.2021, 09:01 Wersja do druku

„Kruk z Tower” w Teatrze Dramatycznym – o uczuciach szczerze i boleśnie

"Kruk z Tower" Andrieja Iwanowa w reż. Aldony Figury w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w Polska Times.

fot. Krzysztof Bieliński

Choć widzowie się śmieją, finał jest na miarę antycznej tragedii. A całość piekielnie niejednoznaczna.

Każda wyprawa do teatru to teraz nabożeństwo. Jak już dotrzemy, jak usiądziemy pośród innych ludzi w maseczkach, to jakbyśmy Pana Boga schwytali za nogi. Bo przecież spektaklu nie odwołano w ostatniej chwili. Pytamy się zaraz sami siebie, zwłaszcza na premierze, ile razy jeszcze będzie dane ludziom to zobaczyć. Wszystko jest tu takie kruche.

Teatr Dramatyczny uporał się w ciągu trzech tygodni po odmrożeniu aż z trzema premierami. To podziwu godna determinacja. „Kruk z Tower” jest najskromniejszą z nich, dwójka aktorów na najmniejszej scenie, garstka widzów. Napisał to zamieszkały w Moskwie Białorusin Andriej Iwanow, który – jak czytam w teatralnym programie – ma kłopot z kończeniem dramaturgicznych tekstów. Ale tym razem, w roku 2012, się udało.

Reżyserowała Aldona Figura, często obecna w tym teatrze. Wybór tego tekstu, wypatrzenie go, świadczy o tym, że czasem literatura może połączyć Piotra Zarembę i teatr reklamujący się proaborcyjną błyskawicą.

Wolę sztuki wieloobsadowe niż dramaty na jedną, dwie osoby, bo lubię wielość ludzkich relacji, przeglądanie się jednych w drugich. Ale tu w Dramatycznym wystarczyła para aktorów abym siedział i śledził grę między dwojgiem ludzi z zapartym tchem, a w ostatnich minutach ze ściśniętym gardłem. Ktoś z krytyków orzekł potem w kuluarach, że tekst nieodkrywczy. Pewnie, złożony z puzzli, które już krążą i w popkulturze i w obiegu kultury wyższej. Chyba nie da się inaczej w dzisiejszych czasach. A przecież dla mnie to była opowieść (a może przypowieść) porażająca.

Zaczyna się jak banalna historia z życia rodzinnego: matka kontra nastoletni syn. Trochę prostych obserwacji, wulgaryzmów. Ale potem… Częsty temat komunikacji poprzez internet, social media, zyskuje nieoczekiwaną barwę. To może dziać się na Białorusi, w Polsce, we Francji - świat stał się globalną wioską.

Choć widzowie się śmieją, finał jest na miarę antycznej tragedii. A całość piekielnie niejednoznaczna, właśnie nieprzewidywalna. Czy to jest o tym, że samotni w życiu, choć żyjący obok siebie, znajdujemy tylko w sieci to COŚ? Czy przeciwnie, tak nas współczesna cywilizacja popsuła, że możemy znaleźć ludzkie uczucia tylko kogoś grając? Bo tym jest de facto czatowanie.

fot. Krzysztof Bieliński

Nie chcę spoilerować. Wręcz namawiam: dajcie się zaskoczyć. Trochę brakło mi – to pierwsze wrażenie - głębszego objaśnienia dawnych relacji w tej rodzinie. Ale też odpowiedzią jest refleksja: może takie niedopowiedziane jest to nawet jakoś pełniejsze? Bardziej uniwersalne, właśnie jako przypowieść?

Co ciekawe, w tym samym czasie obejrzałem (już w kinie!!) ciekawy francuski film „Tylko zwierzęta nie błądzą” Dominika Molla. Bardzo udatnie podjęto w nim amerykańską konwencję zazębiania się wątków, kiedy zbiór przypadków uruchamia lawinę, a wszystko okazuje się inne, niż się zdawało. Ale tam też jest o czatowaniu w sieci. Niby trochę o czymś innym, bo o netowych oszustach. U Iwanowa podszywanie się pod kogoś nie jest podyktowane żądzą zysku. Niemniej jeden z bohaterów filmu też znajduje w sieci coś, czego już nawet nie szuka w życiu. To jak narkotyczne uzależnienie.

W Dramatycznym nie byłoby potoczystej opowieści zmieniającej się w metaforę, uogólnienie, gdyby nie piękne role Katarzyny Herman (Matka) i Konrada Szymańskiego (Syn). Perfekcyjnie rozegrany, właściwie jedynie rozmawiający duet, pośród niesamowitych wizualizacji Marty Miaskowskiej na ścianach. Ta rozmowa, czy właściwie dwie różne rozmowy, wzmacniane są także bezbłędnym scenicznym ruchem – nie na darmo elementem scenografii Joanny Zemanek jest huśtawka.

Katarzyna Herman przyszła tu niedawno z Teatru Polskiego. Znakomity nabytek. Aktorka wygrywająca pełną paletę uczuć i emocji jak na instrumentach, podobna nieco z melodyjnego timbru głosu do młodszej Haliny Łabonarskiej, a przy tym piekielnie wygimnastykowana, grająca całym swoim ciałem. Wciągająca publikę w pułapkę pozornego komizmu. Atrakcyjna i równocześnie charakterystyczna.

Szymański, cóż, ma 25 lat, zagrał już kilka ważnych ról (w „Płatonowie” w Akademii Teatralnej, w „Kuchni Caroline” we Współczesnym). Kolejny raz po przypadku Zuzanny Saporznikow przy boku Danuty Stenki w „Sonacie jesiennej” w Narodowym młodość kapitalnie partneruje aktorskiej dojrzałości. Dostajemy amplitudę uczuć i niezwykłą giętkość w aranżowaniu metafory najprostszymi słowami i środkami. Świetną sprawność ruchową połączoną z bezbłędnym zrozumieniem roli. Myślę o tych tłumach młodych aktorów zaludniających seriale. Pan Konrad mógłby ich już dziś niejednego nauczyć.

Nie wiem, jak długo przetrwa ten spektakl i kto go zauważy. Ja bym go chętnie wziął pod jakąś ochronę, i nie wiem tylko jak. Kto może, niech pójdzie na niego szybko – oby nie przed kolejnym lockdownem.

Tytuł oryginalny

„Kruk z Tower” w Teatrze Dramatycznym – o uczuciach szczerze i boleśnie

Źródło:

Polska Times online
Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data:

04.03.2021